Zmartwiłam się,
przypominając sobie ostatnie chwile spędzone z Melissą. Było mi strasznie przykro,
że tylko ja będę o tym pamiętać, jednak wolałam mieć ją całą i zdrową.
- Dziękuję ci. Jesteś
jak dobry anioł, który zjawił się w idealnym momencie. Nie wiem jak będę mogła
się odwdzięczyć.
- Cała przyjemność po
mojej stronie! - elfka uśmiechnęła się, a jej ciemne oczy zabłyszczały. -
Mieszkam tu sama, z nikim nie rozmawiam, uzdrawiam jedynie zwierzęta. To
zaszczyt móc pomóc czarownicy. - jej głos był delikatny i ciepły.
- Jak jej to podasz?
- Odrobinę do ust,
resztę będę mieszać tak długo aż zgęstnieje i posmaruję miejsce, w którym
zdnajdowała się rana.
- Nie będę pytać skąd
to wszystko potrafisz, bo to tak, jakby zapytać czarownicę skąd ma magię. -
uśmiechnęłam się lekko.
Nastrój nieco poprawił mi się, dzięki nadziei
na uzdrowienie Melissy.
- Dlaczego mieszkasz
tu sama? Nie widziałam, żeby gdzieś w pobliżu były inne domy leśnych stworzeń.
- Uciekłam z wioski
rodzinnej, bo prędzej czy później - raczej prędzej, byłabym wygnana. Jestem z
rodu mrocznych elfów. Oni nie pomogli by ci, prędzej zamknęli w lochach i
umarłabyś z głodu. Nigdy tego nie popierałam, a więc kiedy dorosłam, uciekłam.
- odparła elfka, sięgając po mniejszą buteleczkę i przelewając do niej odrobinę
substancji.
- Nie próbowali cię
odnaleźć?
- Pewnie tak. Ale na
szczęście do tej pory im się to nie udało. Gyby jednak pewnego dnia znaleźli
mnie, nie chcę myśleć co by ze mną zrobili. Od momentu ucieczki jestem zdrajcą.
Nie traktowali by mnie już jak swoją. Jestem intruzem. - lekko posmutniałą. - Rozchyl
jej usta.
- Po jakim czasie się
obudzi?
- Może od razu, może
za kilka godzin. To zależy, jak szybko lek zacznie działać w jej organizmie.
Miejmy nadzieję, że poprzez strzałę nie została niczym zatruta. - spojrzała na
mnie, po czym wlała trochę jasnoróżowej mikstury do ust Melissy.
- Wyjęłam ją od razu.
- odparłam.
- Trucizna nie
potrzebuje wiele czasu.
- Co to oznacza? -
przeszedł mnie cień niepewności. Co jeśli trucizna była na strzale?
- Nie wygląda na
zatrutą, nic się nie dzieje. Sądzę, że po prostu straciła przytomność pod
wpływem bólu.
- Miejmy nadzieję...
- Spokojnie. - elfka
położyła dłoń na moim ramieniu. - Zrobię wszystko, żeby jej pomóc. Nie jest
tylko przyjaciółką, prawda?
Skąd to wiedziała?
Czyżby ona także potrafiła czytać w myślach? Wygląda na to, że naprawdę bardzo
mało wiem o tym świecie i o stworzeniach, które go zamieszkują. Zaczęłam
błądzić wzrokiem po pomieszczeniu.
- To nic złego. -
uśmiechnęła się. - Musimy dotrzeć do zranionego miejsca. Rozetnę jej suknię.
Mruknęłam.
- Opowiedz mi coś
więcej o sobie.
- No cóż... jestem
czarownicą, uczę się w St. George. To jakaś godzina szybkiego galopu stąd. -
zaczęłam niepewnie. - Melissa... uczy obrony przed czarną magią.
Usłyszałam dźwięk
zaskoczenia ze strony Raji.
- Musi być silną czarownicą
skoro przechodziłyście na drugą stronę...
- Tak, jest bardzo
silna.
- Zawsze chciałam
zobaczyć, jak wygląda życie tamtych ludzi.
- Jest...inaczej. Ale
dałoby radę się przyzwyczaić. Może kiedyś zdecyduję się na zamieszkanie tam.
Magiczny świat zaczyna odkrywać przede mną swoje tajemnice i przestaje mi się
podobać to, że wcale nie jestem tutaj bardziej bezpieczna. Wielu rzeczy nie
rozumiem i mam masę pytań. Niestety wszyscy sądzą, że odpowiedzi otrzymam z
czasem.
- Doskonale cię
rozumiem.
- Wszystko gotowe,
zechcesz wsmarować maść w miejsce postrzału?
- Tak, jasne. -
nabrałam na dłoń trochę dziwnej mazi i przyłożyłam do brzucha Melissy. Poczułam
jej zimne ciało i znów zachciało mi się płakać. Wsmarowywałam maść dopóki elfka
nie kazała mi przestać.
- Właściwie. -
zaczęłam. - To dlaczego zaklęcie, którego użyłam, zadziałało tylko w połowie?
- Sama się nad tym
zastanawiam, Cornelio. - odparła. - Zazwyczaj zaklęcia albo działały całkowicie,
albo wcale. Jeśli kiedyś, ktoś odpowie ci na to pytanie, podziel się tym ze
mną. - odparła i uśmiechnęła się półgłębkiem.
Melissa nie budziła
się, a ja byłam zmuszona zostać u Reji na noc. Nie mogłam wrócić do szkoły
sama.
- Jesteś głodna? - zapytała Raja.
- Nie chcę się
naprzykrzać, już i tak zrobiłaś dla nie bardzo dużo i jestem ogromnie wdzięczna
za tę pomoc. - odparłam nieśmiało.
- Nie pozwolę ci
głodować, jesteś moim gościem. Idę pozbierać trochę owoców leśnych i ziół na
herbatę. Może uda mi się też upolować jakieś mięsko. - wypowiadając ostatnie
słowa, zauważyła że jej oczy zaświeciły się dziwnym blaskiem, a zęby jakby
nagle urosły.
- Dobrze, zaczekam
tu, gdyby Melissa obudziła się.
Kiedy elfka wyszła,
miałam czas na przemyślenia. Jednak wszystkie myśli powodowały we mnie smutek i
łzy. Jedyne czego teraz chciałam, to cofnąć czas. Uklękłam nad łóżkiem, na
którym leżała Melissa i położyłam głowę obok jej dłoni, przykładając ją do
swojego mokrego od nieustannie płynących łez policzka. Byłam tak wycieńczona,
że nawet nie wiedziałam, kiedy zasnęłam. Obudziłam się dosłownie po chwili,
jednak okazało się, że spałam kilka godzin. Leżałam sama na łóżku, na którym
wcześniej leżała ranna Melissa. Przetarłam oczy i rozejrzałam się po
pomieszczeniu. Przy stoliku siedziała elfka wraz z nauczycielką. Ucieszyłam
się, że czuła się lepiej. Podniosłam się i usiadłam na brzegu łóżka. Obie
kobiety spojrzały na mnie. Elfka uśmiechnęła się i od razu podbiegła w moją
stronę z kubkiem pięknie pachnących ziół. Na twarzy Melissy nie było widać
żadnych emocji. Zmartwiłam się lekko.
- Czy ona...
- Zdziwiła się, że
była tu właśnie z tobą i zaprzeczyła waszej przyjaźni. Chyba ucierpiało trochę
więcej pamięci. Trucizna musiała być silna i szybko zaczęła działać. -
wytłumaczyła Raja.
Poczułam dziwny
skurcz w brzuchu. Wstałam i podeszłam do czarnowłosej kobiety, siedzącej przy
stoliku w poszarpanej sukience. Nie wiedziałam jak mam się zachować.
- Co pamiętasz? -
zapytałam przerażona, drżącym głosem.
Melissa patrzyła na
mnie surowym wzrokiem.
- Panno McCarthy -
zaczęła. A kiedy usłyszałam swoje nazwisko wypowiadane ostrym, bezuczuciowym
tonem głosu, zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się stolika.
- Nasze ostatnie
spotkanie nie zakończyło się zbyt miło. -
nie wiedziałam, co miała na myśli.
- To znaczy? Co pani
pamięta?!
- Pamiętam, jak
rzuciłaś się na Ginger na mojej lekcji.
Jeśli to było
ostatnie wspomnie, to znaczy, że nasz pocałunek... i to co najprawdopodobniej
do mnie czuła nadal istniało.
- A nasze spotkanie
na wzgórzu?
Kobieta zastanowiła
się chwilę.
- Nic takiegoe sobie
nie przypominam.
- Ale to działo się
przed tym, jak rzuciłam się na Ginger! To niemożliwe! - zaczęłam krzyczeć i
denerwować się.
- Raja, co tu się
dzieje?
- Nie mam pojęcia. -
elfka zmarszczyła czoło. - Jesteś pewna, że nie pomyliłaś kolejności wydarzeń?
- Oh, jasne, że
jestem pewna!!!
Znów zwróciłam się w
stronę Melissy.
- Kim dla pani
jestem?
- Jeśli nie najlepszą
uczennicą w St. George, to oświeć mnie, proszę. - wyczułam ironię, jednak
schlebiało mi to. Naprawdę uważała, że jestem najlepsza.
- Nic więcej, żadnych
dziwnych uczuć, które nie powinny się wcale pojawiać?
- Co masz na myśli?
Postanowiłam nie
owijać w bawełnę.
- Muszę coś wyjaśnić.
Czy zechce pani wyść ze mną na zewnątrz na sekundę?
- Dobrze. - odparła
bezbarwnie.
Wyszłyśmy przed
domek, przeszłyśmy przez drewniany mostek i zeszłyśmy po schodach. Moim oczom
ukazała się rzeka, której wcześniej nie widziałam. Była jakieś 10 metrów od
drzewa, na którym mieszkała elfka. Podeszłyśmy tam i usiadłyśmy na trawie.
- Opowiem pani
wszystko, co się wydarzyło. Może wtedy coś sobie pani przypomni. To dla mnie
bardzo ważne.
- Słucham.
- Po incydencie z
Ginger, wieczorem rozmawiała pani o czymś z naszą dyrektorką. Później okazało
się, że rozmawiałyście o tym, że moja prawdziwa mama jest w zaświatach, to
znaczy po drugiej stronie Lustra. Wczoraj pojechałyśmy tam. Poznałam ją, ma na
imię Lili. Spotkałyśmy się przy okazji z pani sobowtórem. Spędziłyśmy razem noc
w hotelu. Potem powiedziała mi pani, że mnie kocha. Kiedy wróciłyśmy, przez
portal w Wielkim Lustrze przeleciała strzała, która trafiła panią. Wróciłam się
do Amsterdamu, żeby poprosić o pomoc mamę. Podała mi zaklęcie i wyczarowała
powrotne lustro. Zaklęcie zadziałało tylko w połowie, ponieważ nadal leżała
pani nieprzytomna. Później znalazła nas Raja. Wyleczyła panią.
Kobieta siedziała i
wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem, które rosło z każdym wypowiadanym przeze
mnie zdaniem. Starałam się pamiętać, aby używać formy grzecznościowej,
zwracając się do niej.
- Świetna historia,
nadaje się na bestseller, panno McCarthy! Doprawdy, świetną ma pani wyobraźnię
i z pewnością niezłego bzika! Proszę nie tracić mojego cennego czasu i
powiedzieć mi jak naprawdę było i dlaczego do cholery jestem w tym lesie
właśnie z tobą!
Moje oczy zaszkliły
się i poczułam kłócie w sercu.
- To niemożliwe.
Niemożliwe... - patrzyłam na nią i starałam się powstrzymać łzy.
- Kto jeszcze może to
potwierdzić?
- Moja mama!
Prawdziwa! Ta z nowoczesnego Amsterdamu!
- Lili...?
-Tak!
- Interesujące...
- Może przestałaby
pani grać w te swoje gierki. Znam pani drugą stronę, uczuciową. - zbliżyłam się
do niej. - Melisso, proszę... - po policzku spłynęła mi łza, która nagle
zniknęła, jakby wyparowała.
- Wracamy do szkoły
zanim do reszty zbzikujesz. - kobieta wstała i ruszyła przed siebie.
- A jak niby chce
pani wrócić?! - krzyknęłam zapłakana.
- A jak się tu
dostałam?
- Konno.
- No cóż, nie mam
zamiaru użerać się z tobą jadąć na Delii. Podejdź do mnie, przeniosę nas do
szkoły.
Zbliżyłam się,
złapałam ją za rękę i zamknęłam oczy. Jej uścisk był lekki i chłodny.