- Stać! – krzyknął tak głośno i przarźliwie, że aż zadrżałam. Zatrzymalam się i odwróciłam w jego stronę. Ludzie dookoła również spojrzeli się na niego ze zdziwieniem.
- Ani kroku dalej. – wycedził przez zęby.
Ktoś na szczęście zdążył już poinformować
Pannę Margaret o zaistniałym incydencie. Wyłoniła się z tłumu i złapała mnie za
ramię.
- Co tu się dzieje, Cornelio?
Bałam się cokolwiek powiedzieć.
- Witaj Margaret. – rzekł z fałszywym
uśmiechem na twarzy.
- Co ty tu robisz?! – dyrektorka była
widocznie wściekła. Czułam, że ogień zaczyna się w niej prosić o wydostanie.
Prawie wszyscy przestali tańczyć i otoczyli nas dookoła. Odnalazłam Camile i Kate, wyraz ich twarzy były zmartwione.
Prawie wszyscy przestali tańczyć i otoczyli nas dookoła. Odnalazłam Camile i Kate, wyraz ich twarzy były zmartwione.
- Przyszedłem w odwiedziny do siostry, taki
rewanż, gdyż ostatnio to ona uraczyła mnie swoją obecnością. – odparł, nadal
mając wykrzywione kąciki ust w uśmiechu.
- Nie waż się nawet... – chciałam ruszyć na
niego z zaklęciem, jednak Panna Margaret chwyciła mnie za przedramię i
powstrzymała.
- Cornelio, nie rób głupstw. – spojrzała na
mnie swoimi orzechowymi oczami, które przepełnione były wiedzą i mądrością. –
Proszę wszystkich o rozejście się. Z przykrością oznajmiam, że bal dobiegł
końca.
Wszystkie uczennice wraz ze swoimi
partnerami i goścmi zaczęli głośno dyskutować, wyraźnie dając do zrozumienia,
że nie są zadowoleni. Nikt nie wiedział dlaczego przerwała bal, bo nie znali
historii Melissy i jej brata. Po chwili sala opustoszała. Melissa wbiegła do
środka, nie było jej przez pewien czas.
- Co on tu...
- Też cię miło widzieć, siostrzyczko! –
uradowany rozłożył ramiona jakby chciał ją przytulić.
- Egoignem! – wrzasnęła bez zastanowienia i
skierowała dłonie z których wyleciał strumień ognia, w stronę swojego brata.
Udało mu się zrobić szybki unik.
Ja i Panna Margaret odsunęłyśmy się pare
kroków w bok.
- Cornelio, musisz stąd wyjść. Ta walka nie
skończy się dobrze.
- Nie zostawię jej, nie ma mowy! – czułam
jak łzy napływają mi do oczu.
- Stanie ci się krzywda. Jemu nie zależy na
zabiciu Melissy, tylko na tym, żeby jak najbardziej cierpiała. Przyszedł
skrzywdzić ciebie.
- Będę się bronić.
- Nie zgadzam się na to, Cornelio on ma
ogromną moc. Rozkazuję ci uciekać i przejść przez Wielkie Lustro. Udaj się do
Taissy, ona ci pomoże.
- Ale co z Melissą, co jeśli... – przez
głowę przeszły mi najgorsze scenariusze.
- Nie martw się, to ty jesteś w większym
niebezpieczeństwie. W tamtym świecie on cię nie znajdzie, nie może się
przenieść. Weź Delię i jedź, czym prędzej. Kiedy wszystko się uspokoi, Melissa
wróci do ciebie.
Spojrzałam na walczące rodzeństwo.
Przełknęłam ślinę. Czułam gulę w gardle i rozpłakałam się. W Sali słychać było
tylko dźwięki chybiących zaklęć. Panna Margaret ponagliła mnie, żebym wyszła
zanim zostanę zauważona. Postanowiłam chociaż raz posłuchać się i zrobić o co
mnie proszono. Wiedziałam, że chciała mojego dobra, Melissa również kazałaby mi
uciekać.
Wybiegłam z Sali i ruszyłam w stronę
gospody. Miałam na sobie sukienkę od mamy, w której jazda konna wydawała się
niemal absurdalnym pomysłem, jednak nie miałam wyboru. Dotarłam do stajni,
osiodłałam Delię i ruszyłam galopem wdłuż leśnej ścieżki. Niebo było już coraz
ciemniejsze, zatem miałam ograniczoną widoczność. Delia jednak wiedziała, gdzie
zmierzamy. Czułam jak wiatr zdmuchuje mi łzy z policzków. Trzęsłam się w
środku, a serce waliło mi jak młot. Miałam dziwne przeczucie, że to był mój
ostatni dzień w tym świecie. Czarne myśli nie odstępowały mnie na krok, bałam
się, że Melissa...
Dotarłam na miejsce. Kazałam Delii wracać do
gospody. Przeszłam przez Lustro, co nie robiło już na mnie takiego strasznego
wrażenia. Znalazłam się na polanie za blokami w nowoczesnym Amsterdamie i
biegiem ruszyłam zapamiętaną trasą do siedziby Taissy. Duży budynek z czerwonej
cegły. Udało mi się nie zgubić, jednak drzwi frontowe były zamknięte. Ulice
Amsterdamu prawie, że opustoszałe. I ja na środku chodnika w wiktoriańskiej
sukience, rozczochrana i zapłakana. To musiałoby wyglądać conajmniej dziwnie.
Nie wiedziałam co zrobić, gdzie się udać. Zaczęłam pukać w drzwi, bez skutku.
Usłyszałam czyjeś kroki, więc odwróciłam się.
- Wszystko w porządku? – na chodniku
pojawiła się kobieta.
Miała bujne rude włosy, błyszczące dzięki
oświetleniu latarnii, jednak nie widziałam dokładnie jej twarzy. Na początku
bałam się odezwać, ale pomyślałam, że może mogłaby mi pomóc.
- Potrzebuję dostać się do środka. –
odparłam najprościej jak mogłam.
- Jest już późno, dawno zamknięte. – omiotła
spojrzeniem mój strój.
- Muszę spotkać się z Taissą... – mruknęłam
pod nosem.
- Będzie otwarte o dziewiątej rano.
- Ma pani zegarek? – zapytałam.
- Dwudziesta trzecia.
Nagle zakręciło mi się w głowie. – Serio? –
pomyślałam. Ile razy jeszcze zdaży mi się zemdleć w tym roku? Ciemność
przytuliła mnie swoimi skrzydłami.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz