Nie miałam już siły na to wszystko. Nie zastanawiałam się nawet jakim cudem strzała dostała się przez Lustro i skąd się wzięła. Skupiłam się i wyjęłam strzałę z brzucha kobiety. Miałam nadzieję, że nic nie uszkodzę jej przy tym i gdzieś niedaleko minęła mnie nutka nadziei. Nie dostała w serce, można ją uratować, jeśli nie było na strzale żadnej trucizny. Odrzuciłam wyjęty z brzucha kobiety przedmiot i przyłożyłam dłonie do krwawiącego miejsca. Skupiłam myśli na najsilniejszym zaklęciu uzdrawiającym, jakie znałam. Zamknęłam oczy, z których nieustannie ciekły łzy. Nic się nie działo. Rana nie znikała, a krew nie przestawała lecieć. Wiedziałam jednak, że owe zaklecie wstrzymuje na jakiś czas rozprzestrzenianie się jakiejkolwiek trucizny lub zakażenia. Miałam więc trochę czasu, aby coś wymyślić.
- Nie umieraj,
Melisso! Błagam! - krzyczałam przez łzy.
Wybiegłam z wnętrza
drzewa i ujrzałam czarną klacz, która przez cały czas czekała na nas pod
wpływem zaklęcia. Pociągnęłam konia za kantar i wprowadziłam do środka.
- Pilnuj jej koniku.
Przeszłam przez
Wielkie Lustro. Nie wiedziałam ile czasu minęło, ale na pewno nie więcej niż 10
minut, odkąd przeszłyśmy razem do naszego świata. Lilianna musiała być gdzieś
niedaleko. Znów znalazłam się na polanie i zaczęłam biec przed siebie,
nieustannie przydeptując sobie za długą sukienkę. Pojawiłam się na ulicach
nowoczesnego miasta, zapłakana w wiktoriańskiej sukni. Biegłam rozglądają się i
przypominając sobie drogę do budynku, w którym spotkałyśmy się z Taissą. Nie
było innego wyboru. Udało mi się dotrzeć na miejsce. Przedarłam się przez dziesiątki
ludzi i wbigłam po schodach, ledwo łapiąc oddech. Minęłam korytarz i nie
pukając, weszłam do gabinetu Taissy. Ujrzałam ją siedzącą przy biurku nad
stertą papierów. Kiedy mnie zobaczyła, jej twarz wyglądała, jakby zobaczyła
ducha, albo coś jeszcze gorszego.
- Melissa jest ranna!
Błagam, m-musisz pomóc! - krzyknęłam, płacząc i trzęsąc się. Za chwilę się
odwodnię i stracę przytomność, a Melissa umrze.
Kobieta, która
wyglądała identycznie jak ona, podeszła do mnie i podała mi kubek z wodą, którą
nalała z dziwnego urządzenia z beczką. Napiłam się i poczułam ulgę, mogąc
normalnie oddychać i mówić. Pociągnęłam ją za sobą.
- Co się dzieje?!
Cornelio! - kobieta biegła za mną.
- Dostała strzałą,
która przesza przez Lustro, kiedy byłyśmy we wnętrzu Wielkiego Drzewa. -
krzyczałam, a mężczyzna, którego minęłyśmy, posłał mi dziwne spojrzenie.
Świetnie! Wszyscy mnie tam mają za wariatkę, a ja walczę o życie kobiety!
- Umiesz wyczarować
lustro powrotne?!
- N-nigdy tego nie
robiłam, z-zresztą nie posiadam magii! - Taissa wyglądała na przerażoną i
bezradną.
- Skontaktuj się z
moją matką!
Kobieta wyciągnęła z
kieszeni małe urządenie, był to telefon. Zadzwoniła do Lilianny, która
przeteleportowała się na polanę, w czasie kiedy zdążyłyśmy już do niej dobiec.
- Mamo! Szybko! Ona
umiera! - płakałam.
Taissa odeszła ze mną
na bok i objęła mnie. Cała się trzęsłam.
Zanim Lilianna
wyczarowała lustro, powiedziała:
- Nie będę mogła
przejść na drugą stronę. Wypowiesz zaklęcie Emitequestux, które ją uzdrowi.
Powtarzałam sobie tą
nazwę w myślach, aby nie zapomnieć.
Lustro pojawiło się.
- Idź, szybko! - mama
machnęła ręką, zaczęłam biec w kierunku Lustra, najszybciej jak potrafiłam.
Byłam wycieńczona, lecz musiałam sobie poradzić z ostatkami sił. Po chwili znów
znalazłam się we wnętrzu drzewa obok leżącej na ziemi Melissy i dzielnie
pilnującej jej klaczy.
Uklękłam obok,
przyłożyłam dłonie do rany i nabrałam powietrza w płuca po czym z całej siły
krzyknęłam:
- Emitequestux!
Wokół ciała kobiety
pojawił się oślepiający mnie blask, zamknęłam oczy, nadal trzymając dłonie na
miejscu. Strzała, którą rzuciłam gdzieś obok, zamieniła się w pył. Nie mogłam
uwierzyć w to co się dzieje. Po raz pierwszy używając zaklęcia, od razu mi się
udało. Nadal pozostawało jedno pytanie, gdyż Melissa nie przebudziła się.
Klęczałam przy niej i czekałam aż coś się wydarzy. Podniosłam ją lekko i
położyłam na swoich kolanach. Cały czas płakałam.
Zauważyłam, że krew w
miejscu rany zniknęła. Spojrzałam na bladą twarz kobiety, jednak nie dostrzegłam
żadnej zmiany. Nie budziła się. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Po chwili koń
podszedł do mnie i szturchnął mnie w ramię, poczułam ciepłe powietrze. Zwierzę
zarżało. Bałam się, że to może oznaczać coś złego. Musiałam sprawdzić pomoc,
jeśli nie mogłam zdziałać nic swoimi czarami. Nie pozostało mi nic innego.
Zostawiłam kobietę ze zwierzęciem i wybiegłam z wnętrza Wielkiego Drzewa.
- Pomocy!!! -
krzyczałam przerażona, a moje echo roznosiło się po całym lesie.
Nie wiedziałam, czy
mam biec, a jeśli tak, to w którą stronę i gdzie mogę znaleźć pomoc. Czułam, że
zaraz i ja stracę przytomność.
- POMOOOOOOOCYYY! -
wydałam z siebie możliwie najgłośniejszy krzyk i opadłam na kolana, chowając
twarz w dłoniach. Nikt jednak przez dłuższą chwilę nie nadchodził. Łudziłam
się, że w tak wielkim lesie ktokolwiek usłyszy piskliwe krzyki jakiejś
zrozpaczonej dziewczyny. Miasto jest przecież kawał drogi stąd. Bezradność
górowała nade mną, a ja nie miałam nawet siły, żeby wciąż płakać. Nagle
poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Śmiertelnie przestraszona odwróciłam
głowę do tyłu. Ujrzałam kobietę w prostej sukience w kolorze ziemi. Miała
bardzo długie, rude włosy, a na głowie przepaskę z rzemyka. Zdziwiłam się, gdy
zobaczyłam, że stoi boso, a końce jej uszu są lekko szpiczaste. Miała przyjazny
wyraz twarzy, a jej niemal czarne oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- K-kim jesteś? -
spytałam.
- Mieszkańcem lasu,
elfem, leśnym człowiekiem, nazywają mnie różnie. Mam na imię Raja. A Ty? Chyba
masz kłopoty?
Wstałam i wskazałam dłonią
w kierunku Wielkiego Drzewa.
- Nazywam się
Cornelia. Moją... przyjaciółkę trafiła strzała. Użyłam zaklęcia, ale nie
podziałało i wciąż leży nieprzytomna we wnętrzu Drzewa. Błagam pomóż jej! -
miałam rozpacz w oczach.
Elfka patrzyła na
mnie ze zmartwieniem.
- Oczywiście,
zaprowadź mnie do niej, zrobię co w mojej mocy, żeby jej pomóc!
Weszłyśmy do wnętrza
Drzewa i ujrzałyśmy leżącą, nieprzytomną Melissę i jej klacz stojącą obok.
Podbiegłam i uklękłam przy niej, po czym znów się rozpłakałam.
- Zabiorę ją do
siebie i uleczę. - Raja uklękła obok mnie i podała mi dłoń. - Nie przeniesiemy
jej na rękach, bo mój dom jest spory kawałek stąd. Użyjemy teleportacji. -
chwyciłam się jej. Była delikatna i zimna. Złapała również dłoń Melissy. Po
chwili poczułam powiew chłodnego powietrza i siłę, która pchała mnie w
odtchłań. Pięć sekund później znalazłyśmy się na miejscu. Raja mieszkała w
domku na drzewie. Trzeba było wejść po schodkach, a później przejść przez
mostek, który wydawał mi się być bardzo niestabilny. Na szczęście nie
musiałyśmy przez niego przechodzić, ponieważ Raja przeleteportowała nas od razu
do środka. Wnętrze jej domu było bardzo przytulne. Pachniało różnymi wywarami i
kwiatami. Na półkach stało mnóstwo słoiczków i buteleczek z różnymi substancjami
i proszkami. Ściany były pokryte różnkolorowymi, wzorzystymi tkaninami.
Położyłyśy Melissę na łóżku. Usiadłam na jego brzegu, a Reja szukała czegoś na
półce. Nie miałam pewności, że ma dobre zamiary, ale była jedyną nadzieją.
- Rana zniknęła po
wypowiedzeniu zaklęcia, ale kobieta nie obudziła się?
- Zgadza się.
- Coś musiało stanąć
na przeszkodzie. To niemożliwe, aby zaklęcie zadziałało tylko w połowie.
- elfka podeszła z dwoma słoiczkami. W jednym
była różowa substancja, a w drugim biały pył. Przyniosła małą miseczkę i
zmieszała w niej owe substraty.
- Co to takiego? -
zapytała, wpatrując się, jak miesza zawartość miseczki.
- To różowe, to łzy
wilkołaka. - uśmiechnęła się. - A pył pochodzi ze spalonych magicznych
magnolii. Razem stworzą eliksir uzdrawiający. Jednak jest haczyk. Twoja
przyjaciółka nie będzie pamiętać ostatnich czterdziestu ośmiu goddzin i przez
jakiś czas będzie potrzebowała spokoju i odpoczynku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz