środa, 8 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 13



Nie miałam już siły na to wszystko. Nie zastanawiałam się nawet jakim cudem strzała dostała się przez Lustro i skąd się wzięła. Skupiłam się i wyjęłam strzałę z brzucha kobiety. Miałam nadzieję, że nic nie uszkodzę jej przy tym i gdzieś niedaleko minęła mnie nutka nadziei. Nie dostała w serce, można ją uratować, jeśli nie było na strzale żadnej trucizny. Odrzuciłam wyjęty z brzucha kobiety przedmiot i przyłożyłam dłonie do krwawiącego miejsca. Skupiłam myśli na najsilniejszym zaklęciu uzdrawiającym, jakie znałam. Zamknęłam oczy, z których nieustannie ciekły łzy. Nic się nie działo. Rana nie znikała, a krew nie przestawała lecieć. Wiedziałam jednak, że owe zaklecie wstrzymuje na jakiś czas rozprzestrzenianie się jakiejkolwiek trucizny lub zakażenia. Miałam więc trochę czasu, aby coś wymyślić.
- Nie umieraj, Melisso! Błagam! - krzyczałam przez łzy.
Wybiegłam z wnętrza drzewa i ujrzałam czarną klacz, która przez cały czas czekała na nas pod wpływem zaklęcia. Pociągnęłam konia za kantar i wprowadziłam do środka.
- Pilnuj jej koniku.
Przeszłam przez Wielkie Lustro. Nie wiedziałam ile czasu minęło, ale na pewno nie więcej niż 10 minut, odkąd przeszłyśmy razem do naszego świata. Lilianna musiała być gdzieś niedaleko. Znów znalazłam się na polanie i zaczęłam biec przed siebie, nieustannie przydeptując sobie za długą sukienkę. Pojawiłam się na ulicach nowoczesnego miasta, zapłakana w wiktoriańskiej sukni. Biegłam rozglądają się i przypominając sobie drogę do budynku, w którym spotkałyśmy się z Taissą. Nie było innego wyboru. Udało mi się dotrzeć na miejsce. Przedarłam się przez dziesiątki ludzi i wbigłam po schodach, ledwo łapiąc oddech. Minęłam korytarz i nie pukając, weszłam do gabinetu Taissy. Ujrzałam ją siedzącą przy biurku nad stertą papierów. Kiedy mnie zobaczyła, jej twarz wyglądała, jakby zobaczyła ducha, albo coś jeszcze gorszego.
- Melissa jest ranna! Błagam, m-musisz pomóc! - krzyknęłam, płacząc i trzęsąc się. Za chwilę się odwodnię i stracę przytomność, a Melissa umrze.
Kobieta, która wyglądała identycznie jak ona, podeszła do mnie i podała mi kubek z wodą, którą nalała z dziwnego urządzenia z beczką. Napiłam się i poczułam ulgę, mogąc normalnie oddychać i mówić. Pociągnęłam ją za sobą.
- Co się dzieje?! Cornelio! - kobieta biegła za mną.
- Dostała strzałą, która przesza przez Lustro, kiedy byłyśmy we wnętrzu Wielkiego Drzewa. - krzyczałam, a mężczyzna, którego minęłyśmy, posłał mi dziwne spojrzenie. Świetnie! Wszyscy mnie tam mają za wariatkę, a ja walczę o życie kobiety!
- Umiesz wyczarować lustro powrotne?!
- N-nigdy tego nie robiłam, z-zresztą nie posiadam magii! - Taissa wyglądała na przerażoną i bezradną.
- Skontaktuj się z moją matką!
Kobieta wyciągnęła z kieszeni małe urządenie, był to telefon. Zadzwoniła do Lilianny, która przeteleportowała się na polanę, w czasie kiedy zdążyłyśmy już do niej dobiec.
- Mamo! Szybko! Ona umiera! - płakałam.
Taissa odeszła ze mną na bok i objęła mnie. Cała się trzęsłam.
Zanim Lilianna wyczarowała lustro, powiedziała:
- Nie będę mogła przejść na drugą stronę. Wypowiesz zaklęcie Emitequestux, które ją uzdrowi.
Powtarzałam sobie tą nazwę w myślach, aby nie zapomnieć.
Lustro pojawiło się.
- Idź, szybko! - mama machnęła ręką, zaczęłam biec w kierunku Lustra, najszybciej jak potrafiłam. Byłam wycieńczona, lecz musiałam sobie poradzić z ostatkami sił. Po chwili znów znalazłam się we wnętrzu drzewa obok leżącej na ziemi Melissy i dzielnie pilnującej jej klaczy.
Uklękłam obok, przyłożyłam dłonie do rany i nabrałam powietrza w płuca po czym z całej siły krzyknęłam:
- Emitequestux!
Wokół ciała kobiety pojawił się oślepiający mnie blask, zamknęłam oczy, nadal trzymając dłonie na miejscu. Strzała, którą rzuciłam gdzieś obok, zamieniła się w pył. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Po raz pierwszy używając zaklęcia, od razu mi się udało. Nadal pozostawało jedno pytanie, gdyż Melissa nie przebudziła się. Klęczałam przy niej i czekałam aż coś się wydarzy. Podniosłam ją lekko i położyłam na swoich kolanach. Cały czas płakałam.
Zauważyłam, że krew w miejscu rany zniknęła. Spojrzałam na bladą twarz kobiety, jednak nie dostrzegłam żadnej zmiany. Nie budziła się. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Po chwili koń podszedł do mnie i szturchnął mnie w ramię, poczułam ciepłe powietrze. Zwierzę zarżało. Bałam się, że to może oznaczać coś złego. Musiałam sprawdzić pomoc, jeśli nie mogłam zdziałać nic swoimi czarami. Nie pozostało mi nic innego. Zostawiłam kobietę ze zwierzęciem i wybiegłam z wnętrza Wielkiego Drzewa.
- Pomocy!!! - krzyczałam przerażona, a moje echo roznosiło się po całym lesie.
Nie wiedziałam, czy mam biec, a jeśli tak, to w którą stronę i gdzie mogę znaleźć pomoc. Czułam, że zaraz i ja stracę przytomność.
- POMOOOOOOOCYYY! - wydałam z siebie możliwie najgłośniejszy krzyk i opadłam na kolana, chowając twarz w dłoniach. Nikt jednak przez dłuższą chwilę nie nadchodził. Łudziłam się, że w tak wielkim lesie ktokolwiek usłyszy piskliwe krzyki jakiejś zrozpaczonej dziewczyny. Miasto jest przecież kawał drogi stąd. Bezradność górowała nade mną, a ja nie miałam nawet siły, żeby wciąż płakać. Nagle poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Śmiertelnie przestraszona odwróciłam głowę do tyłu. Ujrzałam kobietę w prostej sukience w kolorze ziemi. Miała bardzo długie, rude włosy, a na głowie przepaskę z rzemyka. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że stoi boso, a końce jej uszu są lekko szpiczaste. Miała przyjazny wyraz twarzy, a jej niemal czarne oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- K-kim jesteś? - spytałam.
- Mieszkańcem lasu, elfem, leśnym człowiekiem, nazywają mnie różnie. Mam na imię Raja. A Ty? Chyba masz kłopoty?
Wstałam i wskazałam dłonią w kierunku Wielkiego Drzewa.
- Nazywam się Cornelia. Moją... przyjaciółkę trafiła strzała. Użyłam zaklęcia, ale nie podziałało i wciąż leży nieprzytomna we wnętrzu Drzewa. Błagam pomóż jej! - miałam rozpacz w oczach.
Elfka patrzyła na mnie ze zmartwieniem.
- Oczywiście, zaprowadź mnie do niej, zrobię co w mojej mocy, żeby jej pomóc!
Weszłyśmy do wnętrza Drzewa i ujrzałyśmy leżącą, nieprzytomną Melissę i jej klacz stojącą obok. Podbiegłam i uklękłam przy niej, po czym znów się rozpłakałam.
- Zabiorę ją do siebie i uleczę. - Raja uklękła obok mnie i podała mi dłoń. - Nie przeniesiemy jej na rękach, bo mój dom jest spory kawałek stąd. Użyjemy teleportacji. - chwyciłam się jej. Była delikatna i zimna. Złapała również dłoń Melissy. Po chwili poczułam powiew chłodnego powietrza i siłę, która pchała mnie w odtchłań. Pięć sekund później znalazłyśmy się na miejscu. Raja mieszkała w domku na drzewie. Trzeba było wejść po schodkach, a później przejść przez mostek, który wydawał mi się być bardzo niestabilny. Na szczęście nie musiałyśmy przez niego przechodzić, ponieważ Raja przeleteportowała nas od razu do środka. Wnętrze jej domu było bardzo przytulne. Pachniało różnymi wywarami i kwiatami. Na półkach stało mnóstwo słoiczków i buteleczek z różnymi substancjami i proszkami. Ściany były pokryte różnkolorowymi, wzorzystymi tkaninami. Położyłyśy Melissę na łóżku. Usiadłam na jego brzegu, a Reja szukała czegoś na półce. Nie miałam pewności, że ma dobre zamiary, ale była jedyną nadzieją.
- Rana zniknęła po wypowiedzeniu zaklęcia, ale kobieta nie obudziła się?
- Zgadza się.
- Coś musiało stanąć na przeszkodzie. To niemożliwe, aby zaklęcie zadziałało tylko w połowie.
 - elfka podeszła z dwoma słoiczkami. W jednym była różowa substancja, a w drugim biały pył. Przyniosła małą miseczkę i zmieszała w niej owe substraty.
- Co to takiego? - zapytała, wpatrując się, jak miesza zawartość miseczki.
- To różowe, to łzy wilkołaka. - uśmiechnęła się. - A pył pochodzi ze spalonych magicznych magnolii. Razem stworzą eliksir uzdrawiający. Jednak jest haczyk. Twoja przyjaciółka nie będzie pamiętać ostatnich czterdziestu ośmiu goddzin i przez jakiś czas będzie potrzebowała spokoju i odpoczynku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz