sobota, 11 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 14



Zmartwiłam się, przypominając sobie ostatnie chwile spędzone z Melissą. Było mi strasznie przykro, że tylko ja będę o tym pamiętać, jednak wolałam mieć ją całą i zdrową.
- Dziękuję ci. Jesteś jak dobry anioł, który zjawił się w idealnym momencie. Nie wiem jak będę mogła się odwdzięczyć.
- Cała przyjemność po mojej stronie! - elfka uśmiechnęła się, a jej ciemne oczy zabłyszczały. - Mieszkam tu sama, z nikim nie rozmawiam, uzdrawiam jedynie zwierzęta. To zaszczyt móc pomóc czarownicy. - jej głos był delikatny i ciepły.
- Jak jej to podasz?
- Odrobinę do ust, resztę będę mieszać tak długo aż zgęstnieje i posmaruję miejsce, w którym zdnajdowała się rana.
- Nie będę pytać skąd to wszystko potrafisz, bo to tak, jakby zapytać czarownicę skąd ma magię. - uśmiechnęłam się lekko.
 Nastrój nieco poprawił mi się, dzięki nadziei na uzdrowienie Melissy.
- Dlaczego mieszkasz tu sama? Nie widziałam, żeby gdzieś w pobliżu były inne domy leśnych stworzeń.
- Uciekłam z wioski rodzinnej, bo prędzej czy później - raczej prędzej, byłabym wygnana. Jestem z rodu mrocznych elfów. Oni nie pomogli by ci, prędzej zamknęli w lochach i umarłabyś z głodu. Nigdy tego nie popierałam, a więc kiedy dorosłam, uciekłam. - odparła elfka, sięgając po mniejszą buteleczkę i przelewając do niej odrobinę substancji.
- Nie próbowali cię odnaleźć?
- Pewnie tak. Ale na szczęście do tej pory im się to nie udało. Gyby jednak pewnego dnia znaleźli mnie, nie chcę myśleć co by ze mną zrobili. Od momentu ucieczki jestem zdrajcą. Nie traktowali by mnie już jak swoją. Jestem intruzem. - lekko posmutniałą. - Rozchyl jej usta.
- Po jakim czasie się obudzi?
- Może od razu, może za kilka godzin. To zależy, jak szybko lek zacznie działać w jej organizmie. Miejmy nadzieję, że poprzez strzałę nie została niczym zatruta. - spojrzała na mnie, po czym wlała trochę jasnoróżowej mikstury do ust Melissy.
- Wyjęłam ją od razu. - odparłam.
- Trucizna nie potrzebuje wiele czasu.
- Co to oznacza? - przeszedł mnie cień niepewności. Co jeśli trucizna była na strzale?
- Nie wygląda na zatrutą, nic się nie dzieje. Sądzę, że po prostu straciła przytomność pod wpływem bólu.
- Miejmy nadzieję...
- Spokojnie. - elfka położyła dłoń na moim ramieniu. - Zrobię wszystko, żeby jej pomóc. Nie jest tylko przyjaciółką, prawda?
Skąd to wiedziała? Czyżby ona także potrafiła czytać w myślach? Wygląda na to, że naprawdę bardzo mało wiem o tym świecie i o stworzeniach, które go zamieszkują. Zaczęłam błądzić wzrokiem po pomieszczeniu.
- To nic złego. - uśmiechnęła się. - Musimy dotrzeć do zranionego miejsca. Rozetnę jej suknię.
Mruknęłam.
- Opowiedz mi coś więcej o sobie.
- No cóż... jestem czarownicą, uczę się w St. George. To jakaś godzina szybkiego galopu stąd. - zaczęłam niepewnie. - Melissa... uczy obrony przed czarną magią.
Usłyszałam dźwięk zaskoczenia ze strony Raji.
- Musi być silną czarownicą skoro przechodziłyście na drugą stronę...
- Tak, jest bardzo silna.
- Zawsze chciałam zobaczyć, jak wygląda życie tamtych ludzi.
- Jest...inaczej. Ale dałoby radę się przyzwyczaić. Może kiedyś zdecyduję się na zamieszkanie tam. Magiczny świat zaczyna odkrywać przede mną swoje tajemnice i przestaje mi się podobać to, że wcale nie jestem tutaj bardziej bezpieczna. Wielu rzeczy nie rozumiem i mam masę pytań. Niestety wszyscy sądzą, że odpowiedzi otrzymam z czasem.
- Doskonale cię rozumiem.
- Wszystko gotowe, zechcesz wsmarować maść w miejsce postrzału?
- Tak, jasne. - nabrałam na dłoń trochę dziwnej mazi i przyłożyłam do brzucha Melissy. Poczułam jej zimne ciało i znów zachciało mi się płakać. Wsmarowywałam maść dopóki elfka nie kazała mi przestać.
- Właściwie. - zaczęłam. - To dlaczego zaklęcie, którego użyłam, zadziałało tylko w połowie?
- Sama się nad tym zastanawiam, Cornelio. - odparła. - Zazwyczaj zaklęcia albo działały całkowicie, albo wcale. Jeśli kiedyś, ktoś odpowie ci na to pytanie, podziel się tym ze mną. - odparła i uśmiechnęła się półgłębkiem.
Melissa nie budziła się, a ja byłam zmuszona zostać u Reji na noc. Nie mogłam wrócić do szkoły sama.
- Jesteś głodna? - zapytała Raja.
- Nie chcę się naprzykrzać, już i tak zrobiłaś dla nie bardzo dużo i jestem ogromnie wdzięczna za tę pomoc. - odparłam nieśmiało.
- Nie pozwolę ci głodować, jesteś moim gościem. Idę pozbierać trochę owoców leśnych i ziół na herbatę. Może uda mi się też upolować jakieś mięsko. - wypowiadając ostatnie słowa, zauważyła że jej oczy zaświeciły się dziwnym blaskiem, a zęby jakby nagle urosły.
- Dobrze, zaczekam tu, gdyby Melissa obudziła się.
Kiedy elfka wyszła, miałam czas na przemyślenia. Jednak wszystkie myśli powodowały we mnie smutek i łzy. Jedyne czego teraz chciałam, to cofnąć czas. Uklękłam nad łóżkiem, na którym leżała Melissa i położyłam głowę obok jej dłoni, przykładając ją do swojego mokrego od nieustannie płynących łez policzka. Byłam tak wycieńczona, że nawet nie wiedziałam, kiedy zasnęłam. Obudziłam się dosłownie po chwili, jednak okazało się, że spałam kilka godzin. Leżałam sama na łóżku, na którym wcześniej leżała ranna Melissa. Przetarłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przy stoliku siedziała elfka wraz z nauczycielką. Ucieszyłam się, że czuła się lepiej. Podniosłam się i usiadłam na brzegu łóżka. Obie kobiety spojrzały na mnie. Elfka uśmiechnęła się i od razu podbiegła w moją stronę z kubkiem pięknie pachnących ziół. Na twarzy Melissy nie było widać żadnych emocji. Zmartwiłam się lekko.
- Czy ona...
- Zdziwiła się, że była tu właśnie z tobą i zaprzeczyła waszej przyjaźni. Chyba ucierpiało trochę więcej pamięci. Trucizna musiała być silna i szybko zaczęła działać. - wytłumaczyła Raja.
Poczułam dziwny skurcz w brzuchu. Wstałam i podeszłam do czarnowłosej kobiety, siedzącej przy stoliku w poszarpanej sukience. Nie wiedziałam jak mam się zachować.
- Co pamiętasz? - zapytałam przerażona, drżącym głosem.
Melissa patrzyła na mnie surowym wzrokiem.
- Panno McCarthy - zaczęła. A kiedy usłyszałam swoje nazwisko wypowiadane ostrym, bezuczuciowym tonem głosu, zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się stolika.
- Nasze ostatnie spotkanie nie zakończyło się zbyt miło. -  nie wiedziałam, co miała na myśli.
- To znaczy? Co pani pamięta?!
- Pamiętam, jak rzuciłaś się na Ginger na mojej lekcji.
Jeśli to było ostatnie wspomnie, to znaczy, że nasz pocałunek... i to co najprawdopodobniej do mnie czuła nadal istniało.
- A nasze spotkanie na wzgórzu?
Kobieta zastanowiła się chwilę.
- Nic takiegoe sobie nie przypominam.
- Ale to działo się przed tym, jak rzuciłam się na Ginger! To niemożliwe! - zaczęłam krzyczeć i denerwować się.
- Raja, co tu się dzieje?
- Nie mam pojęcia. - elfka zmarszczyła czoło. - Jesteś pewna, że nie pomyliłaś kolejności wydarzeń?
- Oh, jasne, że jestem pewna!!!
Znów zwróciłam się w stronę Melissy.
- Kim dla pani jestem?
- Jeśli nie najlepszą uczennicą w St. George, to oświeć mnie, proszę. - wyczułam ironię, jednak schlebiało mi to. Naprawdę uważała, że jestem najlepsza.
- Nic więcej, żadnych dziwnych uczuć, które nie powinny się wcale pojawiać?
- Co masz na myśli?
Postanowiłam nie owijać w bawełnę.
- Muszę coś wyjaśnić. Czy zechce pani wyść ze mną na zewnątrz na sekundę?
- Dobrze. - odparła bezbarwnie.
Wyszłyśmy przed domek, przeszłyśmy przez drewniany mostek i zeszłyśmy po schodach. Moim oczom ukazała się rzeka, której wcześniej nie widziałam. Była jakieś 10 metrów od drzewa, na którym mieszkała elfka. Podeszłyśmy tam i usiadłyśmy na trawie.
- Opowiem pani wszystko, co się wydarzyło. Może wtedy coś sobie pani przypomni. To dla mnie bardzo ważne.
- Słucham.
- Po incydencie z Ginger, wieczorem rozmawiała pani o czymś z naszą dyrektorką. Później okazało się, że rozmawiałyście o tym, że moja prawdziwa mama jest w zaświatach, to znaczy po drugiej stronie Lustra. Wczoraj pojechałyśmy tam. Poznałam ją, ma na imię Lili. Spotkałyśmy się przy okazji z pani sobowtórem. Spędziłyśmy razem noc w hotelu. Potem powiedziała mi pani, że mnie kocha. Kiedy wróciłyśmy, przez portal w Wielkim Lustrze przeleciała strzała, która trafiła panią. Wróciłam się do Amsterdamu, żeby poprosić o pomoc mamę. Podała mi zaklęcie i wyczarowała powrotne lustro. Zaklęcie zadziałało tylko w połowie, ponieważ nadal leżała pani nieprzytomna. Później znalazła nas Raja. Wyleczyła panią.
Kobieta siedziała i wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem, które rosło z każdym wypowiadanym przeze mnie zdaniem. Starałam się pamiętać, aby używać formy grzecznościowej, zwracając się do niej.
- Świetna historia, nadaje się na bestseller, panno McCarthy! Doprawdy, świetną ma pani wyobraźnię i z pewnością niezłego bzika! Proszę nie tracić mojego cennego czasu i powiedzieć mi jak naprawdę było i dlaczego do cholery jestem w tym lesie właśnie z tobą!
Moje oczy zaszkliły się i poczułam kłócie w sercu.
- To niemożliwe. Niemożliwe... - patrzyłam na nią i starałam się powstrzymać łzy.
- Kto jeszcze może to potwierdzić?
- Moja mama! Prawdziwa! Ta z nowoczesnego Amsterdamu!
- Lili...?
-Tak!
- Interesujące...
- Może przestałaby pani grać w te swoje gierki. Znam pani drugą stronę, uczuciową. - zbliżyłam się do niej. - Melisso, proszę... - po policzku spłynęła mi łza, która nagle zniknęła, jakby wyparowała.
- Wracamy do szkoły zanim do reszty zbzikujesz. - kobieta wstała i ruszyła przed siebie.
- A jak niby chce pani wrócić?! - krzyknęłam zapłakana.
- A jak się tu dostałam?
- Konno.
- No cóż, nie mam zamiaru użerać się z tobą jadąć na Delii. Podejdź do mnie, przeniosę nas do szkoły.
Zbliżyłam się, złapałam ją za rękę i zamknęłam oczy. Jej uścisk był lekki i chłodny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz