Zostały jeszcze dwie
lekcje, po czym miałam koniec zajęć na dziś. Nie mogłam przestać myśleć o tym,
co mi powiedziała Melissa. Nie chciałam jej zawieźć. Byłam również ciekawa jaką
sprawę ma do załatwienia no i najważniejsze – marzyłam o podróży na drugą
stronę. Miałam jednak cień wątpliwości, który przewijał się gdzieś w moich
myślach.
Nie chciałam mówić o
tym moim przyjaciółkom, zatem starałam się nie być zamyślona w ich
towarzystwie, bo od razu by to zauważyły i wypytywały.
- Jakie macie plany
na popołudnie? - zapytała Kate.
- Cornelia na pewno
spotyka się z panią ciemności. - Camile wzięła mnie pod rękę i uśmiechnęła się.
- Otóż mylisz się.
Nie mam żadnych planów. - właściwie to chciałam spotkać się z Melissą, ale nie
wiedząc dlaczego, skłamałam.
- Eleonora zgodziła
się zabrać nas wieczorem do miasta. W barze Braci Dorxof będzie wieczór
talentów. - powiedziała Kate.
- Naprawdę? To
świetnie! Wybierzmy się! - ucieszyła się Camile. - Cornelio, pójdziesz, prawda?
- spojrzała na mnie, zauważając, że nie jestem zbytnio podekscytowana tym
faktem.
- Hmm... może być
ciekawie.
- Świetnie! Zatem
chodźmy wybrać jakieś piękne stroje na ten wieczór! - Camile wzięła nas obie
pod rękę i pociągnęła za sobą w stronę akademika.
Znów musiałam udawać.
Czy teraz tak będzie wyglądać moje życie w szkole St. George? Opierające się na
ciągłych kłamstwach? Będąc na lekcjach, muszę przybierać postać pilnej
uczennicy, która wcale nie czuje nic do najmroczniejszej wydawałoby się
nauczycielki w szkole. Będąc z przyjaciółkami, muszę udawać, że bawią mnie ich
wieczorki talentów, gra w karty, strojenie się w piękne sukienki i inne
żarciki. A gdzie w tym wszystkim miejsce dla mnie, prawdziwej Cornelii
McCarthy? Dziewczyny, która kocha pokazywać na co ją naprawdę stać, wyrażać
swoją opinię. Nienawidzi się stroić, plotkować i uczestniczyć w grach dla
dziewcząt. A przede wszystkim dziewczyny zakochanej w najpotężniejszej
czarownicy, z jaką kiedykolwiek przyszło jej mieć do czynienia.
Nasz pokój wyglądał,
jak po tornadzie. Wszędzie walały się sukienki, pończochy i buty. Camile i Kate
przymierzały swoje wszystkie sukienki, wymieniały się nimi i sprawdzały, w
której wyglądają najlepiej. Wiedziały, że na wieczorze talentów będzie mnóstwo
przystojnych chłopców i to dla nich się tak stroiły. Ja ubrałam zwykłą, bordową
sukienkę z krótkim rękawem, bez gorsetu. Nie uczestniczyłam w ich pokazie mody,
który sobie zaprezentowały, zmieniając co chwila stroje.
- Jesteś jakaś
nieobecna, Cornelio. - stwierdziła Camile.
Byłam już lekko
poddenerwowana całą tą sytuacją, zatem postanowiłam nie tłumić dłużej w sobie
tego, co myślę.
- Nie lubię wychodzić
w takie miejsca. To okazja dla tych wszystkich pijanych napaleńców, aby gapili
się na nas i na nasze wystające z gorsetów piersi. Dlatego ubrałam się tak, jak
widzicie. Nie mam ochoty stroić się dla kogoś. Wolę czuć się komfortowo. Nie
lubię kłamać i trzymać tajemnic, których nie mogę wyjawić. Codziennie udaję.
Chcę móc wreszcie być sobą. - w oczach zebrały mi się łzy.
- Cornie... co chcesz
przez to powiedzieć? - zmartwiła się Kate.
- Chcesz odejść z St.
George? - Camile zasłoniła ręką usta.
- Nie, skądże! Ale nie chcę robić tego co wszyscy i
udawać, że mnie to bawi, skoro tak nie jest.
- Jeśli nie chcesz,
nie idź z nami. Zrób to, na co masz ochotę. - powiedziała złotowłosa.
- Ona ma rację. -
dodała Camile.
- Wybaczcie mi. -
objęłam je razem.
Postanowiłam pójść do Melissy i
spędzić z nią resztę wieczoru, omawiając szczegóły podróży. Nie mogłabym
przegapić okazji spędzenia z nią czasu bez ukrywania się. Cieszyłam się
również, że zobaczę świat po drugiej stronie lustra, gdyż w taką podróż mogli
wybierać się tylko bardzo dobrzy magowie i nie wiadomo czy kiedykolwiek byłoby
mi to dane.
Zapukałam i nie
czekając na odzew, wieszłam do środka. Melissa siedziała przy stoliku i
zapisywała coś na kartkach. Spojrzała na mnie, lecz pewnie wyczytała w myślach
i wiedziała, że przyjdę.
- Witaj Cornelio. Usiądź.
- wskazała krzesło obok.
- Przyjdź do mnie
dziś w nocy kiedy zgasną światła. Przygotuj się odpowiednio na podróż, będziemy
musiały pojechać konno, zatem załóż bryczesy, żadnych sukni. Musi ci być
wygodnie.
- Dobrze. Mam coś ze sobą zabrać?
- Nie.
- Skąd weźmiesz
konia?
- W pobliżu jest
gospoda, właściciel przechowuje tam moją klacz w zamian za moją magiczną pomoc.
- W takim razie do
zobaczenia po zmroku. - wstałam z krzesła i ruszyłam w stronę wyjścia.
- Przecież twoje
przyjaciółki wychodzą z Eleonorą. Co będziesz robić sama? - Melissa dała mi
wyraźnie do zrozumienia, że chce, abym została. Zatem zostałam.
- Co tam piszesz? -
znów usiadłam na krześle i rozluźniłam się.
- Muszę to zanieść do
znajomej po drugiej stronie lustra. Różne mieszanki kwiatów lub innych roślin,
które ułatwią jej życie - odparła.
- Czyli oni wiedzą o
istnieniu naszego świata? - zdziwiłam się.
- Oczywiście, że nie.
Tylko nieliczni. Kobieta, o której mówię jest mną po tamtej stronie.
- Czyli każdy ma
swój... odpowiednik? - otworzyłam szerzej oczy. - To znaczy, że idąc ulicą mogę
natrafić tam na... swoją bliźniaczkę?
- Dokładnie.
- To niesamowite!
Zawsze chciałam mieć siostrę bliźniaczkę.
Melissa nie
odpowiedziała.
Zaczęłam zastanawiać
się jak jest w tamtym świecie i marzyć o możliwości podróżowania w tę i
spowrotem, kiedy tylko ma się na to ochotę.
Melissa skończyła pisać i
zapakowała kartki do skórzanej, podróżniczej torby. Podeszła do mnie i
pocałowała mnie w czoło. Zrobiło mi się cieplej.
- Naprawdę cieszę
się, że się zgodziłaś. - powiedziała.
***
Siedziałam na łóżku, ubrana w
bryczesy i bawełnianą koszulę do jazdy. Dziewczyny już dawno spały. Wymknęłam
się po cichu z pokoju, niczym zjawa i na paluszkach ruszyłam w stronę pokoju
Melissy. Nie pukałam, aby nie robić hałasu. Weszłam do środka i ujrzałam
jedynie świeczkę palącą się na szafce nocnej obok łóżka, na którym leżała
kobieta. Uśmiechnęła się na mój widok. Wskazała dłonią, abym położyła się obok
niej. Serce zaczęło mi bić szybciej. Leżałam płasko, wpatrując się przed
siebie.
- Dobranoc. -
powiedziała Melissa, po czym zdmuchnęła płomyk świecy.
W pokoju zapadły egipskie
ciemności. Obróciła się w moją stronę i zamknęła oczy.
O świcie obudził mnie
hałas, czegoś co uderzyło o podłogę.
- Przepraszam.
Zahaczyłam o krzesło i runęło na ziemię. - Melissa spojrzała na mnie nie
wiedząc, czy się uśmiechnąć, czy nie. - Mam nadzieję, że się wyspałaś.
- Nic nie szkodzi.
Tak, wyspałam się. - odparłam i wstałam z łóżka. Spałyśmy w tym, w czym
miałyśmy wyruszyć w podróż, żeby zaoszczędzić czasu, zatem byłam już
gotowa.
- Jesteś głodna? Mam
trochę pieczywa i owoce, resztę schowałam do torby na podróż.
Podeszłam do stolika,
na którym położyła jedzenie.
- A ty? - zapytałam.
- Zjadłam, jak
jeszcze spałaś.
Kiedy stwierdziłyśmy,
że jesteśmy gotowe, wymknęłyśmy się po cichu jakimś tylnym wyjściem, o którego
istnieniu nie miałam dotąd pojęcia. Znalazłyśmy się przy polnej drodze, która
prowadziła do gospody. Szybko ruszyłyśmy w tamtą stronę. Dotarłszy na miejsce,
Melissa osiodłała konia, przywiązała do siodła torbę i wyprowadziła go ze
stajni.
- Wsiądę pierwsza i
podam ci rękę.
Włożyła nogę w
strzemię i wskoczyła na grzbiet zwierzęcia.
- Teraz twoja kolej.
Chwyciłam ją z całej
siły, odbiłam się od płotu, który stał za mną i wskoczyłam.
- Świetnie. Teraz
trzymaj się mocno. - złapała moje dłonie i owinęła je wokół swojej talii.
Przełknęłam ślinę.
Melissa uderzyła
piętą w bok konia, po czym zwierzę ruszyło. Najpierw powoli, potem coraz
szybciej, aż w końcu pędziłyśmy galopem. Obrazy wokół mnie przewijały się niczym
taśma. Trzymałam się mocno. Wydawało mi się, że czuje, jak moje serce szaleje z
przerażenia i podekscytowania jednocześnie. Jechałyśmy tak długo, że w końcu
przyzwyczaiłam się do prędkości. Nagle kobieta krzyknęła.
- Uwaga! Teraz choćby
nie wiem co, nie puszczaj. - ściągnęła wodzę i pochyliła się lekko. Po chwili
czułam jak zwierze odrywa swoje kopyta od ziemi i przeskakuje nad ogromnym
dołem. Zamknęłam oczy. Czułam jak lecimy, a wiatr rozwiewa mi włosy we
wszystkie strony. Melissa miała pelerynę z kapturem, który spadł jej podczas
skoku. Uśmiechnęłam się, gdy było już po wszystkim. Zatrzymała konia.
- Żyjesz? - obróciła
głowę w moją stronę.
- Jeszcze tak. -
odparłam, zakładając jej spowrotem kaptur na głowę.
- Chcesz, żebyśmy
zrobiły sobie przerwę? W prawdzie to już niedaleko, ale jeśli jesteś głodna,
spragniona, lub po prostu chcesz odpocząć...
- Nie, nie. Jedźmy
dalej. - przerwałam jej. Chciałam wreszcie dotrzeć do Wielkiego Lustra.
- Dobrze.
Zacisnęłam ręcę na
jej talii i ruszyłyśmy.
Po kilku minutach
szybkiego galopu byłyśmy już na miejscu. Moim oczom ukazało się ogromne drzewo.
Aby je objąć z pewnością potrzeba by kilkunastu osób. Nie widziałam jednak
żadnego lustra, ani nic co mogło by nim być. Na prośbę Melissy zeszkoczyłam z
konia, po czym zrobiła to ona. Odwiązała torbę i wyjęła z niej mały pojemnik z
wodą, po czym podała mi go.
- Dziękuję.
- Odpoczniemy tylko
chwilę.
Zjadłyśmy trochę
chleba i jabłko na pół.
- Chodźmy. - podała
mi dłoń, abym mogła wstać. Przerzuciła torbę w pasie i ruszyła w stronę drzewa.
- Lutrixonium! -
krzyknęła, a w pniu drzewa pojawiły się drzwi.
Weszłyśmy do środka.
Wnętrze drzewa wyglądało dokładnie tak, jak można by sobie to wyobrażać. Nic
nadzwyczajnego, prócz jednego... na samym środku błyszczało wielkie lustro.
Musiałam zmrużyć oczy, w obawie, że mnie oślepi.
- Jesteśmy. -
powiedziała Melissa. - Nie mamy czasu na rozglądanie się dookoła. - usłyszałam
lekko surowszy ton jej głosu, kiedy spojrzała na mnie. - Podejdź. - stanęłyśmy
metr przed lustrem. Nie patrzyłam się przed siebie, gdyż blask był zbyt silny.
- Możesz poczuć
napierającą na ciebie siłę, kiedy już przekroczymy jego próg. Zachowaj spokój,
po kilku sekundach będzie po wszystkim. Jeśli się boisz, złap mnie za rękę.
- Dobrze. - odparłam,
zgadzając się i chwyciłam ją mocno.
Zamknęłam oczy.
Zrobiłyśmy krok w przód i tak jak mówiła, poczułam siłę, która napierała na
mnie z tyłu. Leciałam w pustą przestrzeń. Po chwili było już po wszystkim.
- Aż tak strasznie?
Otworzyłam oczy i
widziałam jak uśmiecha się. Patrzyłam lekko wstrząśnięta tym, co się wydarzyło.
- To nie jest
śmieszne. - powiedziałam, jednak po chwili nie wytrzymałam i wybuchnęłam
śmiechem. Melissa poszła w moje ślady.
Stałyśmy na polu, otoczonym pagórkami i wyłyśmy ze śmiechu. Kiedy napad
głupawki minął, ruszyłyśmy. Zza górki zaczęły wyrastać nowoczesne budynki,
których dotąd nigdy w życiu nie widziałam. Słyszałam szum i gwar. Znalazłyśmy
się w samym centrum nowoczesnego Amsterdamu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz