czwartek, 30 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 20



Biegłam ile sił w nogach. Ledwo oddychałam, a serce biło mi jak szalone. Mimo resztek energii, nie zatrzymywałam się. Strach przejął nade mną kontrolę. Uciekałam, nie myśląc nawet o obróceniu się za siebie.  Miałam wrażenie, że ta sytuacja to tylko sen, zły koszmar, z którego zaraz obudzę się we własnym, ciepłym łóżku. Tak jednak nie było, świadomość podpowiadała mi, że to prawdziwe życie, a żeby przeżyć, muszę biec.  Po przebyciu dość sporej odległości, nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Zwolniłam. Obróciłam się za siebie. Nie widziałam go. Czyżby się poddał? A może ukrył się gdzieś i czeka aż całkowicie opadnę z sił? – zastanawiałam się. Poruszałam  się nadal truchtem, pokonując kolejne metry wzdłuż centrum holenderskiej stolicy. Kiedy spoglądałam za siebie, poczułam jak moje ciało zderza się z czymś, a raczej z kimś. Odwróciłam się i ujrzałam prawie dwumetrowego mężczyznę, o przyciemnionej, ezgotycznej karnacji, z włosami czarnymi niczym umaszczenie kruka. Jego równie ciemne, mroczne oczy, patrzyły się prosto na mnie z nienawiścią. Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki szyderczy uśmiech.
- Tak łatwo cię przechytrzyć – odezwał się z zagranicznym akcentem.
Poczułam  jakby moje serce całkowicie stanęło. Miałam sucho w gardle, a przed oczami zaczęły  pojawiać mi się ciemne plamki. Mężczyzna chwycił mnie za ramię i próbował pociągnąć za sobą, prawdopodobnie do auta.  Resztkami sił zaparłam się, zaczęłam się szarpać. Mimo dość intensywnego deszczu, co jakiś czas ktoś szedł po chodniku.
- Pomocy! Niech mi ktoś pomoże!
- Zamknij się ty mala jędzo! – parsknął mężczyzna i drugą dłonią zakrył mi usta.
Krzyczałam  stłumionym głosem. Po chwili ugryzłam go w rękę. Mężczyzna syknął pod wpływem lekkiego bólu i uwolnił mnie z uścisku. Zyskałam na czasie i ruszyłam w stronę budki telefonicznej. Byłam cała przemoczona od deszczu, ubranie przyklejało mi się  do ciała, cała się trzęsłam. Widziałam, że mój prześladowca już za mną nie biegnie. Po ulicy szła właśnie kobieta, która od razu zwróciła na mnie uwagę. Miała rude włosy, wystające spod zielonego kaptura, w jednej dłoni trzymała teczkę, a w drugiej kubek z kawą.
- Błagam, niech mi pani pomoże, on chce mi zrobić krzywdę! – krzyczałam spanikowana, ledwo wydobywając już głos z krtani. 

Kobieta chciała zapytać co się stało, jednak niestety nie zdążyła. Mężczyzna podszedł do mnie i uderzył mnie w głowe. Gwałtownie upadłam na chodnik. 

wtorek, 28 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 19




- Stać! – krzyknął tak głośno i przarźliwie, że aż zadrżałam. Zatrzymalam się i odwróciłam w jego stronę. Ludzie dookoła również spojrzeli się na niego ze zdziwieniem.
- Ani kroku dalej. – wycedził przez zęby.
Ktoś na szczęście zdążył już poinformować Pannę Margaret o zaistniałym incydencie. Wyłoniła się z tłumu i złapała mnie za ramię.
- Co tu się dzieje, Cornelio?
Bałam się cokolwiek powiedzieć.
- Witaj Margaret. – rzekł z fałszywym uśmiechem na twarzy.
- Co ty tu robisz?! – dyrektorka była widocznie wściekła. Czułam, że ogień zaczyna się w niej prosić o wydostanie.
Prawie wszyscy przestali tańczyć i otoczyli nas dookoła. Odnalazłam Camile i Kate, wyraz ich twarzy były zmartwione.
- Przyszedłem w odwiedziny do siostry, taki rewanż, gdyż ostatnio to ona uraczyła mnie swoją obecnością. – odparł, nadal mając wykrzywione kąciki ust w uśmiechu.
- Nie waż się nawet... – chciałam ruszyć na niego z zaklęciem, jednak Panna Margaret chwyciła mnie za przedramię i powstrzymała.
- Cornelio, nie rób głupstw. – spojrzała na mnie swoimi orzechowymi oczami, które przepełnione były wiedzą i mądrością. – Proszę wszystkich o rozejście się. Z przykrością oznajmiam, że bal dobiegł końca.
Wszystkie uczennice wraz ze swoimi partnerami i goścmi zaczęli głośno dyskutować, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie są zadowoleni. Nikt nie wiedział dlaczego przerwała bal, bo nie znali historii Melissy i jej brata. Po chwili sala opustoszała. Melissa wbiegła do środka, nie było jej przez pewien czas.
- Co on tu...
- Też cię miło widzieć, siostrzyczko! – uradowany rozłożył ramiona jakby chciał ją przytulić.
- Egoignem! – wrzasnęła bez zastanowienia i skierowała dłonie z których wyleciał strumień ognia, w stronę swojego brata. Udało mu się zrobić szybki unik.
Ja i Panna Margaret odsunęłyśmy się pare kroków w bok.
- Cornelio, musisz stąd wyjść. Ta walka nie skończy się dobrze.
- Nie zostawię jej, nie ma mowy! – czułam jak łzy napływają mi do oczu.
- Stanie ci się krzywda. Jemu nie zależy na zabiciu Melissy, tylko na tym, żeby jak najbardziej cierpiała. Przyszedł skrzywdzić ciebie.
- Będę się bronić.
- Nie zgadzam się na to, Cornelio on ma ogromną moc. Rozkazuję ci uciekać i przejść przez Wielkie Lustro. Udaj się do Taissy, ona ci pomoże.
- Ale co z Melissą, co jeśli... – przez głowę przeszły mi najgorsze scenariusze.
- Nie martw się, to ty jesteś w większym niebezpieczeństwie. W tamtym świecie on cię nie znajdzie, nie może się przenieść. Weź Delię i jedź, czym prędzej. Kiedy wszystko się uspokoi, Melissa wróci do ciebie.
Spojrzałam na walczące rodzeństwo. Przełknęłam ślinę. Czułam gulę w gardle i rozpłakałam się. W Sali słychać było tylko dźwięki chybiących zaklęć. Panna Margaret ponagliła mnie, żebym wyszła zanim zostanę zauważona. Postanowiłam chociaż raz posłuchać się i zrobić o co mnie proszono. Wiedziałam, że chciała mojego dobra, Melissa również kazałaby mi uciekać.
Wybiegłam z Sali i ruszyłam w stronę gospody. Miałam na sobie sukienkę od mamy, w której jazda konna wydawała się niemal absurdalnym pomysłem, jednak nie miałam wyboru. Dotarłam do stajni, osiodłałam Delię i ruszyłam galopem wdłuż leśnej ścieżki. Niebo było już coraz ciemniejsze, zatem miałam ograniczoną widoczność. Delia jednak wiedziała, gdzie zmierzamy. Czułam jak wiatr zdmuchuje mi łzy z policzków. Trzęsłam się w środku, a serce waliło mi jak młot. Miałam dziwne przeczucie, że to był mój ostatni dzień w tym świecie. Czarne myśli nie odstępowały mnie na krok, bałam się, że Melissa...
Dotarłam na miejsce. Kazałam Delii wracać do gospody. Przeszłam przez Lustro, co nie robiło już na mnie takiego strasznego wrażenia. Znalazłam się na polanie za blokami w nowoczesnym Amsterdamie i biegiem ruszyłam zapamiętaną trasą do siedziby Taissy. Duży budynek z czerwonej cegły. Udało mi się nie zgubić, jednak drzwi frontowe były zamknięte. Ulice Amsterdamu prawie, że opustoszałe. I ja na środku chodnika w wiktoriańskiej sukience, rozczochrana i zapłakana. To musiałoby wyglądać conajmniej dziwnie. Nie wiedziałam co zrobić, gdzie się udać. Zaczęłam pukać w drzwi, bez skutku. Usłyszałam czyjeś kroki, więc odwróciłam się.
- Wszystko w porządku? – na chodniku pojawiła się kobieta.
Miała bujne rude włosy, błyszczące dzięki oświetleniu latarnii, jednak nie widziałam dokładnie jej twarzy. Na początku bałam się odezwać, ale pomyślałam, że może mogłaby mi pomóc.
- Potrzebuję dostać się do środka. – odparłam najprościej jak mogłam.
- Jest już późno, dawno zamknięte. – omiotła spojrzeniem mój strój.
- Muszę spotkać się z Taissą... – mruknęłam pod nosem.
- Będzie otwarte o dziewiątej rano.
- Ma pani zegarek? – zapytałam.
- Dwudziesta trzecia.
Nagle zakręciło mi się w głowie. – Serio? – pomyślałam. Ile razy jeszcze zdaży mi się zemdleć w tym roku? Ciemność przytuliła mnie swoimi skrzydłami.


piątek, 24 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 18






Dwa miesiące później

Zbliżał się koniec roku nauki w St. George. Był to mój ostatni rok w szkole dla czarownic. Żałowałam, że nie przepisałam się tam wcześniej. W ciągu ostatnich dziesięciu miesięcy przeżyłam więcej emocji niż przez dziesięć lat życia. Nauczyłam się mnóstwo nowych zaklęć i dopełniłam swoją czarodziejską naturę. Poznałam wiele wspaniałych osób, którym wiele zawdzięczam. Po tych wszystkich wydarzeniach prawie nic się nie zmieniło w St. George. Ginger nadal była dogryzającą mi, wścibską istotą. Jednak ja nie zwracałam na nią uwagi. Melissa wciąż pozostawała wierna mrokowi i tajemniczości, chociaż zdarzało jej się (ostatnio dosyć często) uśmiechnąć się do mnie przy wszystkich, co wywoływało zaskoczenie nie tylko na mojej twarzy. Nie spotykałam się z nią jednak, ponieważ musiałam przygotowywać się do końcowych egzaminów, które udało mi się zdać wzorowo. Nie chciałam także pakować się znów w jakieś kłopoty. Nie opuszczałam naszego miasteczka. Tylko raz odwiedziłam moją prawdziwą mamę Po Drugiej Stronie Lustra. Nauczyłam się korzystać z zaklęcia teleportacyjnego, jednak nie potrafiłam jeszcze wyczarować portalu powrotnego z tamtego świata. Będąc z wizytą nowoczesnym Amsterdamie, otrzymałam od mamy sukienkę na bal. Była kremowobiała z pięknym gorsetem z koronkowymi wstawkami. Camile uczesała mnie. Dzień wcześniej zaplotła mi papiloty, a kiedy je rozpuściłam, byłam pod wrażeniem. Przez ostatni miesiąc codziennie ćwiczyłyśmy układy taneczne. Walc wiedeński, angielski i polka. Dziewczyny pozapraszały chłopców ze szkoły dla czarodziejów St. Henry'ego. Ja niestety zostałam bez pary, jednak nie smuciło mnie to tak bardzo. Kiedy nadszedł ten dzień, cieszyłam się atmosferą panującą w całej szkole. Od rana trwały przygotowania. Panował jeden, wielki chaos. Kucharki przygotowywały jedzenie, nauczyciele pomagali w dekorowaniu sali, a wszystkie uczennice stroiły się do ostatniej minuty przed rozpoczęciem balu. Wybrano dziesięc par, którym szło najlepiej na próbach, aby rozpoczęły wejście tańcem, walcem angielskim. Nie należałam do nich. Z resztą na próby przychodziłam bez partnera i wiedziałam, że na balu również nie zatańczę. O godzinie osiemnastej wszyscy zebrali się w sali. Zajęłam miejsce, które było podpisane moim imieniem. Obok mnie puste krzesła czekały na Camile i Kate, które stały w wejściu wraz ze swoimi partnerami, czekając na pierwsze dźwięki orkiestry. Ginger również należala do tych dziesięciu, szczęśliwych dziewczyn, które miały zaszczyt otworzyć bal swoim debiutanckim tańcem. Na samym końcu długiego stołu, miejsca zajęli nauczyciele. Panna Margaret zachwyciła wszystkich swoją ciemnoczerwoną suknią, w której wyglądała jak królowa. Włosy miała upięte w kok, z którego wystawały pojedyncze kosmyki. Obok niej siedziała Melissa. Cały czas uśmiechała się do wszystkich i bez skrupółów angażowała w rozmowy. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się, uśmiechnęłyśmy się obie, jednak ja trochę nieśmiało. Czułam się dziwnie, że nie rozmwiałyśmy poza lekcjami i tak jakby odrzuciłyśmy w niepamięć to, co się między nami wydarzyło. Jednak ja codziennie o tym myślałam. Miałam nadzieję, że stanie się cud, który umożliwi nam bycie razem. Moje rozmyślania przerwały pierwsze nuty walca angielskiego. Powędrowałam wzrokiem w stronę ogromnych drzwi, z których zaczęły wychodzić pary uczniów. Byłam dumna z moich przyjaciółek. Wszyscy wstali i przyglądali się perfekcyjnym ruchom par w tańcu. Kiedy skończyli, wszyscy bili brawo i wiwatowali. Tancerze ukłonili się i zajęli miejsca przy stole. Panna Margaret poprosiła, abyśmy usiedli i sama stanęła i zaczęła przemówienie.
- Jest mi bardzo miło, ale również niezmiernie przykro, że muszę porzegnać się z tak wspaniałymi czarodziejami. - powiedziała, starając się ogarnąć wzrokiem nas wszystkich. - Mam nadzieję, że lata spędzone na nauce w St. George były dla was wspaniałym przeżyciem i że wyniesiecie stąd dużą wiedzę, która przyda wam się w dalszym życiu. Jestem wdzięczna wszystkim profesorom za pomoc w dokształcaniu was. Życzę wam wszystkim i każdemu z osobna jak najlepiej. A teraz zapraszam na ucztę i tańce! - uśmiechnęła się szeroko, po czym znów rozległy się oklaski.
- Pięknie tańczyłyście. - powiedziałam do przyjaciółek i zabrałyśmy się do jedzenia przepysznych potraw. Tego też będzie mi brakować, ponieważ jedzenie w St. George było nieziemsko przepyszne.
- To co, idziemy zrzucić to, co żeśmy w siebie wpakowały? - zapytała Kate, patrząc na swojego partnera, który siedział na przeciw niej. Chłopak kiwnął głową i z uśmiechem na twarzy wstał. Ruszyli na parkiet. Chwilę później Camile również dołączyła do nich. Dźwięki szybkiej, rytmicznej polki sprawiały, że bębniłam palcami w stół. Miałam ochotę również zatańczyć. Sięgnęłam po truskawkę, żeby zatopić w niej swój smutek z powodu braku partnera do tańca i przyglądałam się prawie że latającym stopom tancerzy. Nagle poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwróciłam się lekko wystraszona. Ujrzałam wysokiego mężczyznę w białym garniturze, o śnieżno białych włosach upiętych z tyłu. W dłoniach trzymał dwie lampki białego wina i uśmiechał się do mnie. Nie zdążył nic powiedzieć, natychmiast wstałam, odpechnęłam go i zaczęłam biec w kierunku stoilika dla nauczycieli, żeby poinformować Melissę, że jest tu jej brat, Severyn.


środa, 22 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 17





Chciałam jak najszybciej wejść do siedziby Severyna i odzyskać pamięć Melissy.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce, moim oczom ukazały się ogromne drzwi z żelaza. Wyglądały jakby miały kilka tysięcy lat i wątpiłam w to, że da się je otworzyć. Kobieta podeszła i machnęła ręką obok klamki. Wrota zaczynały powoli otwierać się. Weszłyśmy do środka. Ujrzałam coś w rodzaju wnętrza jaskini. Na ścianach wisiały przymocowane pochodnie. Na wprost wejścia, widać było kolejne drzwi, jednak mniejsze. Po środku stała Trująca Fontanna, której woda odbijała się w suficie. Podbiegłam i pochyliłam się, aby powąchać truciznę. Na pozór była zwykłą wodą.
- McCarthy! Co ty wyprawiasz? Chcesz tam wpaść?! - wrzasnęła Melissa. - Czy zawsze musisz doprowadzać mnie do szału?!
- Ale proszę pani, jak wiadomo szał wściekłości często zamienia się w szał namiętności, tak więc jestem na dobrej drodze. - odparłam z wścibskim uśmieszkiem.
Humor poprawił mi się, ponieważ byłyśmy na miejscu. Musiałam tylko w jakiś sposób zmusić kobietę do wypicia tej okropnej substancji. Melissa podeszła do mnie i przeszyła mnie od góry do dołu pustym spojrzeniem.
- To gdzie ten pani brat? - zapytałam, chociaż wiedziałam, że Severyn nie spodziewał się wizyty siostry, co mogło skończyć się źle dla nas obu.
- Zaraz powinien się zjawić. - odparła.
Po chwili usłyszałyśmy skrzypienie drzwi. Kilka sekund później w grocie pojawił się mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i bladoniebieskich oczach. Z daleka wydawało mi się, że w jego oczodołach jest same białko. Miał na sobie srebrny płaszcz, podobny do tego, który nosiła Melissa i jasny garnitur.
- Cóż za kontrast. - mruknęłam pod nosem. Nie wiedząc czemu, chciało mi się śmiać. Cała ta sytuacja tak bardzo mnie przybiła, że zaczęła być zabawna.
- Witaj Severynie. - usłyszałam głos Melissy.
- Przyszłaś mi się odwdzięczyć za wyraz miłości, który posłałem ci dwa dni temu? - zapytał mężczyzna, nie ukazując żadnych emocji w tonie głosu, ani wyrazie twarzy.
- Dostałam od ciebie list. - wyciągnęła spod płaszcza kopertę. - Napisałeś, że chcesz się pilnie spotkać, że to bardzo ważne. Nie wyczuwałam twojego specjału, czyli podstępu, inaczej bym się nie zjawiła. - kobieta przechadzała się powoli wokół fontanny.  - Może masz jakieś wieści od ojca?
- Nie wysyłałem żadnego listu. - zdziwił się mężczyzna, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Jego cera była tak blada, że wyglądał jak figura z porcelany.
Melissa zatrzymała się, przymrużyła oczy i spojrzała na niego, a potem na mnie.
- Cornelio?
- Hmm, teraz jestem Cornelią, a nie panną McCarthy, miło mi. - odparłam.
- Masz coś wspólnego z tym listem?
- Oczywiście, że nie. - uśmiechnęłam się, niczym posłuszna dziewczynka.
- I tak czekają cię spore kłopoty, więc kłamstwo cię nie uratuje. - odparła. Czyżby znów czytała mi w myślach? Zastanawiałam się, czy to ma coś wspólnego z bliskością Trującej Fontanny.
Nie miałam żadnego planu, jak zmusić ją do wypicia trucizny.
Nagle usłyszałam głos Severyna.
- Cornelia McCarthy. - spojrzał na mnie.  - Musisz bardzo kochać Melissę, prawda? - czekał na odpowiedź, jednak ja nie odpowiedziałam.  - Przykro mi, że nie odwzajemnia twoich uczuć. - zaśmiał się.
Melissa zdziwiła się.
- O co tu chodzi?
- Mówiłam, że trucizna, która była na strzele pochodzi z tej fontanny. Straciłaś pamięć, a właściwie... to chyba straciłaś jedynie wszystkie wspomnienia ze mną. - zdenerwowałam się i chciałam zaatakować Severyna, ale wiedziałam, że nie mam wystarczająco dużo siły, aby go pokonać.
- Nic z tego nie rozumiem. - zmarszczyła czoło.
- Już niedługo sobie przypomnisz. - powiedziałam.
Zdecydowałam rzucić kulą ognia w Severyna, aby upewnić się, czy rzeczywiście nie dam mu rady. Kiedy się zorientował, po prostu odepchnął kulę, która poleciała w stronę Melissy. Kobieta zniszczyła ją zaklęciem ochronnym.
- Chcecie wojny? Ha-ha! Jakie to urocze! - mężczyzna zaśmiał się i uniósł dłonie do góry. Zaczął wypowiadać jakieś zaklęcie. Poczułam dziwne mrowienie w stopach.
- Zostaw ją! - krzyknęłam.
- Nic jej nie zrobię, jak mógłbym skrzywdzić własną siostrę! – odparł z ironią. - Wolę skrzywidzić kogoś, kto jest dla niej bardzo ważny, mimo, że już tego nie pamięta.
Przełknęłam ślinę. Nad jego głową utworzyła się ogromna, niebieska kula magicznej siły. Po chwili opuścił ręce i skierował ją prosto na mnie. Nie zdążyłabym użyć żadnego zaklęcia. Byłam w ogromnym szoku i poczułam, że jestem przygwożdżona do ziemi. Zanim kula doleciała do mnie, Melissa podbiegła i odebrała atak. Zaklęcie trafiło prosto w nią i odrzuciło ją. Wpadła do fontanny. Przerażona krzyknęłam. Widziałam jak kobieta tonie. Nie spodziewałam się, że jest tam aż tak głęboko. Słyszałam chlapanie wody. Podbiegłam, ledwo odrywając drżące nogi od ziemi. Kątem oka zauważyłam, że mężczyzna zaczął wycofywać się z uśmiechem na twarzy. Nie mogłam pozwolić, aby uszło mu to na sucho. Zebrałam w sobie resztki sił i użyłam najsilniejszego zaklęcia obronnego jakie znałam.
- Ravadahelieus! - krzyknęłam na cały głos, kierując ręce w stronę Severyna.
Mężczyzna zdezorientowany i zaskoczony odwrócił się w moją stronę, a błysk światła, które towarzyszyło mojemu zaklęciu, oślepił go. Zasłonił dłonią twarz, po czym zaklęcie ugodziło go prosto w klatkę piersiową. Usłyszałam jego przeraźliwy krzyk, kiedy upadał. Miałam nadzieję, że nie wyjdzie z tego cało. Szybko skierowałam się w stronę Fontanny, aby pomóc Melissie. Udało jej się wydostać na powierzchnię, jednak przytrzymywała się resztkami sił. Kaszlała, wypluwając truciznę. Podałam jej dłonie i pomogłam wyjść na zewnątrz. Klęczała na posadzce, a ja trzymałam swoją dłoń na jej ramieniu, czekając aż wykrztusi całą wodę i jej oddech uspokoi się. W międzyczasie spojrzałam na leżącego Severyna. Ani drgnął. Czyżbym... naprawdę pokonała go? Byłam ciekawa jak zareguje na to Melissa i czy jej pamięć wróciła.
- Już dobrze. - usłyszałam cichy głos kobiety. - Dziękuję Cornelio. 
Poczułam ciepło w żołądku.
- Połknęłaś truciznę? - zapytałam. Ręce trzęsły mi się.
- Trudno by było tego nie zrobić. Prawie się w niej utopiłam. - odparła oschle.
Westchnęłam. Skoro do jej organizmu dostała się kolejna dawka trucizny, pamięć musiała jej wrócić.
- Pamiętasz...
- Tak. - nie zdążyłam dokończyć pytania, gdy Melissa przerwała mi.
- Znów czytasz mi w myślach.
- Oczywiście.

Po chwili Severyn ocknął się, podniósł z podłogi i zauważył, jak pomagam wyczerpanej Melissie wstać.
- To jeszcze nie koniec, moje panie. – krzyknął z szyderczym uśmiechem na twarzy.
Melissa chwyciła mnie mocno za rękę i w trybie natychmiastowym przeteleportowała nas spowrotem do szkoły. Wiedziała, że nie miałyśmy już wystarczająco sił na dalszą walkę.

sobota, 18 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 16




Chciałam niezauważalnie przemknąć korytarzami, co było trudne podczas przerwy. Powiedziałam zatem przyjaciółkom, że idę do pielęgniarki, ponieważ źle się poczułam. Wybiegłam ze szkoły i zaczaiłam się za krzakami przy naszym akademiku, czekając, aż Melissa wyjdzie na zewnątrz. Panna Margaret dała mi wszystkie potrzebne wskazówki i rady. Podała mi nawet zaklęcia, których dotąd nie znałam, a mogłyby mi się przydać. Kiedy ujrzałam kobietę w czarnym, długim płaszczu z kapturem narzuconym na głowę, wstrzymałam oddech. Bałam się zrobić jakikolwiek ruch. Kiedy ruszyła w stronę ścieżki, prowadzącej do miasta, przeczekałam jeszcze chwilę, aż oddali się na bezpieczną odległość, abym mogła ruszyć za nią. Nie wiedziałam dokładnie, gdzie zmierza, ponieważ Panna Margaret powiedziała, że prędzej czy później Melissa będzie musiała się przeteleportować. Zatem mogła to zrobić w każdej chwili. Musiałam być bardzo ostrożna i czujna. Bałam się jednak, że Melissa usłyszy moje myśli. Póki co tak się nie działo. Szłam za nią, przemykając między przydrożnymi drzewami. Żałowałam, że nie znam żadnego zaklęcia, które powodowało niewidzialność. Melissa zaczęła iść coraz szybciej i traciłam ją z widoku. Niespodziewanie skręciła w lewo i ruszyła wąską ścieżką między murem otaczającym teren naszej szkoły, a lasem. Musiałam podbiec, ponieważ mogłam ją zgubić. Zatrzymałam się przed zakrętem i zobaczyłam, że kilka metrów dalej Melissa zamierzała użyć teleportacji. Stała do mnie tyłem, okryta od stóp do głów czarnym płaszczem, który kontrastował z zielenią stojących niedaleko świerków. Nie potrafiłam wyczuć momentu. Poczekałam jeszcze kilka sekund i podbiegłam do kobiety. Mocno chwyciłam jej ramienia i chwilę później zaklęcie teleportacji przeniosło nas obie. Widziałam, że Melissa wystraszyła się i już chciała użyć magii przeciwko mnie, zanim zobaczyła, że to właśnie ja.
- Co ty wyprawiasz, McCarthy?! Poprzewracało ci się w głowie do reszty? Nie nauczono cię, że nie śledzi się nauczycieli i nie wpada na nich podczas teleportacji? - w głosie kobiety słychać było obojętny, ale uniesiony ton. Nie za bardzo wiedziałam co mam odpowiedzieć. Postanowiłam powiedzieć prawdę, ponieważ i tak myślała, że zbzikowałam.
- Ratuję twoją pamieć, Melisso. - odparłam pewna siebie.
- Kto pozwolił ci zwracać się do mnie po imieniu? Oj, będziesz miała kłopoty... - czarnowłosa przymrużyła oczy, posyłając mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Gorzej już być nie może. - rzekłam, nie tracąc pewności siebie.
- Nie możesz ze mną iść, postradałaś zmysły!
Rozejrzałam się dookoła. Nadal z jednej storony otaczał nas las, z drugiej natomiast widać było wielką łąkę i pagórki. Nic nie wskazywało na obecność Labiryntu schodów i korytarzy, ale znając nasz świat, gdzieś pewnie ukryte jest tajemne przejście lub coś w tym rodzaju. I to zapewnie niedaleko stąd.
- Co PANI ze mną zrobi? - odparłam, wyraźnie podkreślając zwrot grzecznościowy i krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Jest wiele możliwości, zależy co sobie życzysz. - spojrzała na mnie, a żadna cząstka jej twarzy nawet nie drgnęła, kiedy skończyła mówić. - Mogę wyczarować portal i wepchnąć cię do niego. Mogę również rzucić na ciebie czar, który sprawi, że zatrzymam twoje życie, na czas mojej nieobecności. Albo zostawić cię tu na pastwę losu. Co wybierasz, McCarthy?
- Nadal wybieram pójście z panią.
- Skąd wiesz dokąd zmierzam?
Zaczęłam zastanawiać się, dlaczego nie czyta mi w myślach. Czyżby ten dar straciła wraz z pamięcią? Nie zamierzałam kłamać, mimo wszystko. To by niczego nie zmieniło.
- Wiem, że pani brat, Severus mieszka w Labiryncie schodów i korytarzy, gdzie znajduje się Trująca fontanna. Jeżeli wypije pani choć trochę tej wody, odzyska pamięć.
- W jakiej książce to znalazłaś? - zmarszczyła brwi.
- W... Nie pamiętam tytułu.
Melissa znów posłała mi ostre spojrzenie.
- Kiedy wrócimy do szkoły, czeka cię sporo kłopotów. Kto wie, czy nie wylecisz z St. George. Ale póki co, możesz się przydać, jako przynęta czy coś. Idziemy. - kobieta ruszyła przed siebie, wzdłuż łąki.
Uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam za nią. Szłyśmy kilka minut. Nie odzyzwając się. Czułam się bardzo dziwnie, ponieważ zaledwie 3 dni temu szłam obok  tej samej kobiety, szczęśliwa i radosna, trzymając ją za rękę. Doszłyśmy do ogromnego okręgu, który wyglądał, jak ślad po wylądowaniu statku kosmicznego.
- Odsuń się i najlepiej nie zapamiętaj zaklęcia, które teraz użyję. Muszę przebić barierę. - powiedziała bezbarwnie.
Zrobiłam to, co kazała. Cofnęłam się kilka kroków w tył i przyglądałam, starając się odłączyć zmysł słuchu od funkcjonowania. Melissa machnęła dłonią i krzyknęła długie, kilku wyrazowe zaklęcie. Nagle zobaczyłam, jak ziemia w kręgu zapada się. Powstała wielka dziura, niczym w potężnej studni bez dna. Kobieta dała mi znak, że mogę już podejść. Spojrzałam w dół, nie zbliżając się bytnio do przepaści. W ścianach widniały kolumny, a za nimi można było dostrzec schody. Korytarz ciągnął się wokół tej ogromnej dziury w nieskończoność.
- Jak zamierzamy się tam dostać? - zapytałam. - Chyba nie będziemy skakać? - zażartowałam, mając nadzieję, że zaprzeczy.
- Ty skoczysz, a ja z chęcią cię tam wepchnę. - odparła z ironią.
Milczałam.
- Tu. - wskazała miejsce, które jako jedyne nie było porośnięte trawą. - Jest klapa. Jeśli byłabyś bardziej spostrzegawcza niż przemądrzała, zauważyłabyś ją. - Podeszła i podniosła klapę do góry. Ujrzałam drabinę. Bez słowa zeszła po niej, po czym i ja to zrobiłam.
Znalazłyśmy się w korytarzu ze schodów. Po naszej lewej stronie znajdował się mur z szarych, wielkich cegieł, a po prawej kolumny.
- Czeka nas długa droga i nie ma co się ociągać.
- Nie możemy po prostu użyć teleportacji? - wizja schodzenia po tych schodach, nie wiadomo jak długo, przerażała mnie.
- Nie. Severus specjalnie wymyślił sobie takie przejście do jego siedziby. Zaklęcie teleportacji tu nie zadziała. Właściwie żadne nie zadziała. Założył barierę na magię w Labiryncie Korytarzy i Schodów. Zaklęć można używać dopiero, kiedy zejdziemy na dół. Nie ociągaj się, to szybko tam dotrzemy. - kobieta ruszyła szybkim krokiem.
Ciężko westchnęłam i poszłam jej śladami. Ciszę zagłuszały dziwne szumy i stukot obcasów Melissy. Zaczęłam pogrążać się w myślach. Przypomniały mi się czasy, kiedy jeszcze nie łączyło nas żadne uczucie, a przynajmniej o nim nie wiedziałam. Między przeszłością a teraźniejszością różniło się tylko to, że tak naprawdę znałam ją lepiej, niż ona siebie w tym momencie. Prawdpodobnie. Nie okazywała żadnych skłonności do bycia tą Melissą, którą była, kiedy spędzałyśmy razem czas sam na sam. Po prostu była. W jej głosie słyszałam znów tą samą bezbarwność, co wcześniej. Gdyby nie jej głośne obcasy, zachowywała się jak cień. Wcześniej intrygowało mnie to i pociągało, lecz teraz martwiłam się o nią. Przyspieszyłam, aby dorównać jej kroku. Spojrzała na mnie ukradkiem, abym się nie zorientowała, jednak poczułam jej wzrok na sobie.
- Byłaś... yyy, to znaczy była pani już tutaj, prawda? Ile czasu zajmuje zejście na dół? - zapytałam spokojnie.
- Jak się zamyślisz, to całkiem szybko mija. Nie liczyłam nigdy ile mi to zajmowało. - odparła.
- Szkoda, że nie latamy na miotłach, byłoby szybciej. - znów próbowałam ożywić atmosferę, jednak bez skutków. Kobieta nie odpowiedziała i pogrązyła się w milczeniu. Postanowiłam już nic nie mówić i nie denerwować się bez potrzeby. Wspominałam wspólne, szczęśliwe chwile i miałam nadzieję, że uda się zmusić Melissę do wypicia trucizny. Obawiałam się tylko jednego. Severyn, jej brat, prawdopodobnie nic nie wiedział o naszej gościnie. List, który dostała Melissa, był wysłany przez Pannę Margaret. Mogło zapowiadać się nieprzyjemne spotkanie. Zaczęłam zastanawiać się, czy brat Melissy jest do niej podobny. Czy również, tak jak ona jest tajemniczy, mroczny i udaje bezuczuciowego? Ponieważ Melissa udawała i ja, chyba jako jedyna wiedziałam to na pewno. Szłyśmy już bardzo długo i zaczęły boleć mnie nogi. Zwolniłam, lecz starałam się nie dawać znaków zmęczenia. Zaschło mi w gardle. Z każdą minutą czułam się coraz gorzej. W pewnej chwili zakręciło mi się w głowie. W ostatnim momencie chwyciłam się kolumny. Brakowało dosłownie jednego kroku, a prawdopodobnie spadłabym w przepaść. Melissa najwidoczniej nie zorientowała się, ponieważ szła dalej.
- Nie mogę... - powiedziałam cicho. - Nie mogę iść dalej. - powtórzyłam nieco głośniej.
Kobieta zatrzymała się i wróciła do góry. Podeszła do mnie.
- Wiedziałam, że będą z tobą problemy, jeśli się zgodzę na twoje towarzystwo, McCarthy.
 Powoli zaczynałam mieć dość jej bezbarwnego i bezuczuciowego tonu i zachowania. Nie wierzyłam własnym myślom, ale tak było.
- Co się stało? - zapytała po chwili. Zaskoczyło mnie to.
- Jestem spragniona, nogi odmawiają mi posłuszeństwa, dostaję zwrotów głowy. Odpocznijmy, chociaż chwilę. Proszę. - spojrzałam na nią ze zmartwieniem.
Kobieta ukucnęła przy mnie. Spojrzałam jej w oczy i w ułamku jednej sekundy dostrzegłam Melissę, za którą tak bardzo tęskniłam. Niestety, to od razu minęło. Kobieta spuściła wzrok. Pod płaszczem miała przypięty do sukienki pas, z którego wyciągnęła mały pojemnik z wodą i podała mi go.
- Dziękuję. - odparłam i wzięłam kilka łyków.
Pozwoliła mi chwilę odpocząć i sama również usiadła obok na schodach. Zaczynało robić się ciemno. Szłyśmy już na pewno z trzy godziny, wliczając dwa odpoczynki. Spojrzałam w dół i odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam, że do końca zostało jakieś dziesięć metrów.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Cześć 15




- Cornelio!
- Gdzieś ty była!?
Dziewczyny powitały mnie, kiedy weszłam do pokoju w brudnej sukience, z worami pod oczami, rozczochrana i zapłakana.
- Co się z tobą stało? - Camile wypuściła mnie z objęć.
- To długa historia. - odparłam.
- Z pewnością długa! Nie było cię prawie dwa dni! - oburzyła się Kate.
- Przepraszam, jestem zmęczona. Wszystko wam opowiem, tylko nie teraz. Chciałabym przebrać się w coś czystego, umyć i zjeść.
- Dobrze. Przyniesiemy ci coś z kolacji, bo właśnie miałyśmy schodzić na dół.
- Dziękuję.
Dziewczyny wyszły, a ja przebrałam się w prostą, oliwkową sukienkę na ramiączkach.
Umyłam twarz wodą z miednicy, która stała na półce obok łóżka Kate i rozczesałam włosy. Nie chciałam wychodzić z pokoju i spotkać inne uczennice, które z pewności wypytywałyby bardziej natrętnie niż moje współlokatorki. Byłam ciekawa, jak bardzo oczerniające mnie plotki krążyły po szkole. Już słyszałam w głowie " To bardzo dziwne, że akurat Cornelia i panna Melissa wyjechały w tym samym czasie" albo " Podejrzany zbieg okoliczności". Miałam nadzieję, że dyrektorka, która wiedziała o naszym wyjeździe, uratuje mnie z tej sytuacji. Chciałam iść do niej jutro z rana, ponieważ wolałam nie pokazywać się dzisiaj na zewnątrz. Byłam w zbyt opłakanym stanie. Dosłownie.
Kiedy dziewczyny wróciły z kolacji, zastały mnie śpiącą. Dopiero następnego dnia, przed wyściem do szkoły, opowiedziałam im wszystko, co mi się przytrafiło. Stwierdziły, że koniecznie powinnam iść z tym do Panny Margaret i poprosić ją o pomoc. Powiedziały mi, że nauczyciele nie pytali o moją nieobecność, ponieważ zostali poinformowani, że wyjechałam w rodzinnej sprawie, co właściwie było prawdą.
Na pierwszej lekcji mieliśmy zielarsto. Nie skupiałam się na niczym, co mówiła nauczycielka i nic do mnie nie docierało. Odliczałam czas do końca zajęć, które mijały mi bardzo wolno. Chciałam jak najprędzej porozmawiać z dyrektorką.
Kiedy oczekiwany przeze mnie moment nastał, pobiegłam szybko do jej gabinetu. Zapukałam i słysząc "proszę" weszłam do środka.
- Cornelio! Gdzie jest Melissa? Nie przyszła do mnie wczoraj, kiedy wróciłyście. I jak podróż? - zapytała, uśmiechnięta i pełna entuzjazmu.
- Jest pewien kłopot. - powiedziałam, skrzywiając się.
- Jaki?
Wyjaśniłam jej wszystko od momentu postrzału. Pominęłam jednak kwestię naszych bliskich relacji.
- Zastanawia mnie tylko, kto mógł to zrobić. - kobieta zamyśliła się.
- Ale jak to możliwe, że strzała przeleciała przez portal? Po drugiej stronie była moja mama, która z pewnością powiedziałaby mi o tym, kiedy wróciłam po pomoc.
- Oczywiście, że było to możliwe. Portal prowadzi jeszcze do jednego miejsca. Ukrytego głęboko pod ziemią. Można się tam dostać przez Labirynt Schodów i Korytarzy. W samym jego centrum znajduje się Trująca Fontanna. - kobieta znów zamyśliła się. Wstała z krzesła i oparła się o parapet. - Przecież to jest siedziba Severyna!
- Kim jest ten Severyn? - zapytałam.
- Bratem Melissy! Znienawidzonym bratem. Toczą ze sobą wojnę od wielu lat. Wszystko zaczęło się już w czasach szkolnych, kiedy uczęszczali razem do St. George. Severyn posiadł ogromną magię, kto wie czy nie jest silniejsza od Melissy...
- Dlaczego to on miałby ją postrzelić? Co by mu to dało, że straciła pamięć? - wypytywałam coraz bardziej ciekawa historii.
- Odebrał jej szczęście i znów stała się pochmurną kobietą.
- Skąd wiedział... Skąd Pani wie...
- Ja wiem wszystko, co dzieje się w tej szkole, Cornelio. On ma swoich szpiegów. Nikt nie wie, kim są. To może być dosłownie KAŻDY. Sprzedawca w miastowym sklepiku, uczeń naszej szkoły. Nigdy nie wiadomo. Dlatego musimy uważać komu ufamy.
- Co można zrobić, żeby odzyskać pamięć Melissy? - zapytałam, odbiegając lekko od tematu.
- Jestem pewna, że trucizna, która była na strzale, pochodziła z jego fontanny. Nie została wypłukana przez leki, które podała jej ta elfka. Od postrzału minął niecały dzień?
- Wydaje mi się, że już minęła doba. - odparłam.
- W ciągu 72 godzin, można uratować utraconą pamięć. Melissa musiałaby tylko wypić trochę wody z Trującej Fontanny. Sprawiłoby to, że podana wcześniej dawka "wypłuka" kolejną, przy czym sama straci na działaniu i wyparuje. Wtedy pamięć wróci.
- Skąd weźmiemy tę wodę?
- Melissa musi "przypadkiem" udać się do Labiryntu Schodów i Korytarzy. Już ja o to zadbam. - Dyrektorka uśmiechnęła się szyderczo.
- Jeśli tam pójdzie, skąd będzie pani miała pewność, że ten jej brat, nie zrobi jej większej krzywdy? I czy na pewno wypije wodę?
- Pomożesz mi w tym. - uśmiech nie znikał z jej twarzy.
Kiedy dyrektorka wtajemniczyła mnie w swój plan, nie wiedziałam jak mam jej dziękować. Odparła, że największym darem wdzięczności będzie, jeśli po prostu wykonam to zadanie. Wierzyła we mnie.
Następnego dnia mieliśmy zastępstwo na lekcji obrony. Melissa nie mogła przyjść, z wiadomych powodów. Dostała list od swojego brata, który wezwał ją do swojego Labiryntu z "ważnych przyczyn". Przygotowywała się zatem i nie mogła prowadzić naszej lekcji. Zastąpiła ją Panna Margaret, która zwolniła mnie z kolejnych zajęć, abym mogła śledzić Melissę.

sobota, 11 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 14



Zmartwiłam się, przypominając sobie ostatnie chwile spędzone z Melissą. Było mi strasznie przykro, że tylko ja będę o tym pamiętać, jednak wolałam mieć ją całą i zdrową.
- Dziękuję ci. Jesteś jak dobry anioł, który zjawił się w idealnym momencie. Nie wiem jak będę mogła się odwdzięczyć.
- Cała przyjemność po mojej stronie! - elfka uśmiechnęła się, a jej ciemne oczy zabłyszczały. - Mieszkam tu sama, z nikim nie rozmawiam, uzdrawiam jedynie zwierzęta. To zaszczyt móc pomóc czarownicy. - jej głos był delikatny i ciepły.
- Jak jej to podasz?
- Odrobinę do ust, resztę będę mieszać tak długo aż zgęstnieje i posmaruję miejsce, w którym zdnajdowała się rana.
- Nie będę pytać skąd to wszystko potrafisz, bo to tak, jakby zapytać czarownicę skąd ma magię. - uśmiechnęłam się lekko.
 Nastrój nieco poprawił mi się, dzięki nadziei na uzdrowienie Melissy.
- Dlaczego mieszkasz tu sama? Nie widziałam, żeby gdzieś w pobliżu były inne domy leśnych stworzeń.
- Uciekłam z wioski rodzinnej, bo prędzej czy później - raczej prędzej, byłabym wygnana. Jestem z rodu mrocznych elfów. Oni nie pomogli by ci, prędzej zamknęli w lochach i umarłabyś z głodu. Nigdy tego nie popierałam, a więc kiedy dorosłam, uciekłam. - odparła elfka, sięgając po mniejszą buteleczkę i przelewając do niej odrobinę substancji.
- Nie próbowali cię odnaleźć?
- Pewnie tak. Ale na szczęście do tej pory im się to nie udało. Gyby jednak pewnego dnia znaleźli mnie, nie chcę myśleć co by ze mną zrobili. Od momentu ucieczki jestem zdrajcą. Nie traktowali by mnie już jak swoją. Jestem intruzem. - lekko posmutniałą. - Rozchyl jej usta.
- Po jakim czasie się obudzi?
- Może od razu, może za kilka godzin. To zależy, jak szybko lek zacznie działać w jej organizmie. Miejmy nadzieję, że poprzez strzałę nie została niczym zatruta. - spojrzała na mnie, po czym wlała trochę jasnoróżowej mikstury do ust Melissy.
- Wyjęłam ją od razu. - odparłam.
- Trucizna nie potrzebuje wiele czasu.
- Co to oznacza? - przeszedł mnie cień niepewności. Co jeśli trucizna była na strzale?
- Nie wygląda na zatrutą, nic się nie dzieje. Sądzę, że po prostu straciła przytomność pod wpływem bólu.
- Miejmy nadzieję...
- Spokojnie. - elfka położyła dłoń na moim ramieniu. - Zrobię wszystko, żeby jej pomóc. Nie jest tylko przyjaciółką, prawda?
Skąd to wiedziała? Czyżby ona także potrafiła czytać w myślach? Wygląda na to, że naprawdę bardzo mało wiem o tym świecie i o stworzeniach, które go zamieszkują. Zaczęłam błądzić wzrokiem po pomieszczeniu.
- To nic złego. - uśmiechnęła się. - Musimy dotrzeć do zranionego miejsca. Rozetnę jej suknię.
Mruknęłam.
- Opowiedz mi coś więcej o sobie.
- No cóż... jestem czarownicą, uczę się w St. George. To jakaś godzina szybkiego galopu stąd. - zaczęłam niepewnie. - Melissa... uczy obrony przed czarną magią.
Usłyszałam dźwięk zaskoczenia ze strony Raji.
- Musi być silną czarownicą skoro przechodziłyście na drugą stronę...
- Tak, jest bardzo silna.
- Zawsze chciałam zobaczyć, jak wygląda życie tamtych ludzi.
- Jest...inaczej. Ale dałoby radę się przyzwyczaić. Może kiedyś zdecyduję się na zamieszkanie tam. Magiczny świat zaczyna odkrywać przede mną swoje tajemnice i przestaje mi się podobać to, że wcale nie jestem tutaj bardziej bezpieczna. Wielu rzeczy nie rozumiem i mam masę pytań. Niestety wszyscy sądzą, że odpowiedzi otrzymam z czasem.
- Doskonale cię rozumiem.
- Wszystko gotowe, zechcesz wsmarować maść w miejsce postrzału?
- Tak, jasne. - nabrałam na dłoń trochę dziwnej mazi i przyłożyłam do brzucha Melissy. Poczułam jej zimne ciało i znów zachciało mi się płakać. Wsmarowywałam maść dopóki elfka nie kazała mi przestać.
- Właściwie. - zaczęłam. - To dlaczego zaklęcie, którego użyłam, zadziałało tylko w połowie?
- Sama się nad tym zastanawiam, Cornelio. - odparła. - Zazwyczaj zaklęcia albo działały całkowicie, albo wcale. Jeśli kiedyś, ktoś odpowie ci na to pytanie, podziel się tym ze mną. - odparła i uśmiechnęła się półgłębkiem.
Melissa nie budziła się, a ja byłam zmuszona zostać u Reji na noc. Nie mogłam wrócić do szkoły sama.
- Jesteś głodna? - zapytała Raja.
- Nie chcę się naprzykrzać, już i tak zrobiłaś dla nie bardzo dużo i jestem ogromnie wdzięczna za tę pomoc. - odparłam nieśmiało.
- Nie pozwolę ci głodować, jesteś moim gościem. Idę pozbierać trochę owoców leśnych i ziół na herbatę. Może uda mi się też upolować jakieś mięsko. - wypowiadając ostatnie słowa, zauważyła że jej oczy zaświeciły się dziwnym blaskiem, a zęby jakby nagle urosły.
- Dobrze, zaczekam tu, gdyby Melissa obudziła się.
Kiedy elfka wyszła, miałam czas na przemyślenia. Jednak wszystkie myśli powodowały we mnie smutek i łzy. Jedyne czego teraz chciałam, to cofnąć czas. Uklękłam nad łóżkiem, na którym leżała Melissa i położyłam głowę obok jej dłoni, przykładając ją do swojego mokrego od nieustannie płynących łez policzka. Byłam tak wycieńczona, że nawet nie wiedziałam, kiedy zasnęłam. Obudziłam się dosłownie po chwili, jednak okazało się, że spałam kilka godzin. Leżałam sama na łóżku, na którym wcześniej leżała ranna Melissa. Przetarłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przy stoliku siedziała elfka wraz z nauczycielką. Ucieszyłam się, że czuła się lepiej. Podniosłam się i usiadłam na brzegu łóżka. Obie kobiety spojrzały na mnie. Elfka uśmiechnęła się i od razu podbiegła w moją stronę z kubkiem pięknie pachnących ziół. Na twarzy Melissy nie było widać żadnych emocji. Zmartwiłam się lekko.
- Czy ona...
- Zdziwiła się, że była tu właśnie z tobą i zaprzeczyła waszej przyjaźni. Chyba ucierpiało trochę więcej pamięci. Trucizna musiała być silna i szybko zaczęła działać. - wytłumaczyła Raja.
Poczułam dziwny skurcz w brzuchu. Wstałam i podeszłam do czarnowłosej kobiety, siedzącej przy stoliku w poszarpanej sukience. Nie wiedziałam jak mam się zachować.
- Co pamiętasz? - zapytałam przerażona, drżącym głosem.
Melissa patrzyła na mnie surowym wzrokiem.
- Panno McCarthy - zaczęła. A kiedy usłyszałam swoje nazwisko wypowiadane ostrym, bezuczuciowym tonem głosu, zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się stolika.
- Nasze ostatnie spotkanie nie zakończyło się zbyt miło. -  nie wiedziałam, co miała na myśli.
- To znaczy? Co pani pamięta?!
- Pamiętam, jak rzuciłaś się na Ginger na mojej lekcji.
Jeśli to było ostatnie wspomnie, to znaczy, że nasz pocałunek... i to co najprawdopodobniej do mnie czuła nadal istniało.
- A nasze spotkanie na wzgórzu?
Kobieta zastanowiła się chwilę.
- Nic takiegoe sobie nie przypominam.
- Ale to działo się przed tym, jak rzuciłam się na Ginger! To niemożliwe! - zaczęłam krzyczeć i denerwować się.
- Raja, co tu się dzieje?
- Nie mam pojęcia. - elfka zmarszczyła czoło. - Jesteś pewna, że nie pomyliłaś kolejności wydarzeń?
- Oh, jasne, że jestem pewna!!!
Znów zwróciłam się w stronę Melissy.
- Kim dla pani jestem?
- Jeśli nie najlepszą uczennicą w St. George, to oświeć mnie, proszę. - wyczułam ironię, jednak schlebiało mi to. Naprawdę uważała, że jestem najlepsza.
- Nic więcej, żadnych dziwnych uczuć, które nie powinny się wcale pojawiać?
- Co masz na myśli?
Postanowiłam nie owijać w bawełnę.
- Muszę coś wyjaśnić. Czy zechce pani wyść ze mną na zewnątrz na sekundę?
- Dobrze. - odparła bezbarwnie.
Wyszłyśmy przed domek, przeszłyśmy przez drewniany mostek i zeszłyśmy po schodach. Moim oczom ukazała się rzeka, której wcześniej nie widziałam. Była jakieś 10 metrów od drzewa, na którym mieszkała elfka. Podeszłyśmy tam i usiadłyśmy na trawie.
- Opowiem pani wszystko, co się wydarzyło. Może wtedy coś sobie pani przypomni. To dla mnie bardzo ważne.
- Słucham.
- Po incydencie z Ginger, wieczorem rozmawiała pani o czymś z naszą dyrektorką. Później okazało się, że rozmawiałyście o tym, że moja prawdziwa mama jest w zaświatach, to znaczy po drugiej stronie Lustra. Wczoraj pojechałyśmy tam. Poznałam ją, ma na imię Lili. Spotkałyśmy się przy okazji z pani sobowtórem. Spędziłyśmy razem noc w hotelu. Potem powiedziała mi pani, że mnie kocha. Kiedy wróciłyśmy, przez portal w Wielkim Lustrze przeleciała strzała, która trafiła panią. Wróciłam się do Amsterdamu, żeby poprosić o pomoc mamę. Podała mi zaklęcie i wyczarowała powrotne lustro. Zaklęcie zadziałało tylko w połowie, ponieważ nadal leżała pani nieprzytomna. Później znalazła nas Raja. Wyleczyła panią.
Kobieta siedziała i wpatrywała się we mnie ze zdziwieniem, które rosło z każdym wypowiadanym przeze mnie zdaniem. Starałam się pamiętać, aby używać formy grzecznościowej, zwracając się do niej.
- Świetna historia, nadaje się na bestseller, panno McCarthy! Doprawdy, świetną ma pani wyobraźnię i z pewnością niezłego bzika! Proszę nie tracić mojego cennego czasu i powiedzieć mi jak naprawdę było i dlaczego do cholery jestem w tym lesie właśnie z tobą!
Moje oczy zaszkliły się i poczułam kłócie w sercu.
- To niemożliwe. Niemożliwe... - patrzyłam na nią i starałam się powstrzymać łzy.
- Kto jeszcze może to potwierdzić?
- Moja mama! Prawdziwa! Ta z nowoczesnego Amsterdamu!
- Lili...?
-Tak!
- Interesujące...
- Może przestałaby pani grać w te swoje gierki. Znam pani drugą stronę, uczuciową. - zbliżyłam się do niej. - Melisso, proszę... - po policzku spłynęła mi łza, która nagle zniknęła, jakby wyparowała.
- Wracamy do szkoły zanim do reszty zbzikujesz. - kobieta wstała i ruszyła przed siebie.
- A jak niby chce pani wrócić?! - krzyknęłam zapłakana.
- A jak się tu dostałam?
- Konno.
- No cóż, nie mam zamiaru użerać się z tobą jadąć na Delii. Podejdź do mnie, przeniosę nas do szkoły.
Zbliżyłam się, złapałam ją za rękę i zamknęłam oczy. Jej uścisk był lekki i chłodny. 

środa, 8 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 13



Nie miałam już siły na to wszystko. Nie zastanawiałam się nawet jakim cudem strzała dostała się przez Lustro i skąd się wzięła. Skupiłam się i wyjęłam strzałę z brzucha kobiety. Miałam nadzieję, że nic nie uszkodzę jej przy tym i gdzieś niedaleko minęła mnie nutka nadziei. Nie dostała w serce, można ją uratować, jeśli nie było na strzale żadnej trucizny. Odrzuciłam wyjęty z brzucha kobiety przedmiot i przyłożyłam dłonie do krwawiącego miejsca. Skupiłam myśli na najsilniejszym zaklęciu uzdrawiającym, jakie znałam. Zamknęłam oczy, z których nieustannie ciekły łzy. Nic się nie działo. Rana nie znikała, a krew nie przestawała lecieć. Wiedziałam jednak, że owe zaklecie wstrzymuje na jakiś czas rozprzestrzenianie się jakiejkolwiek trucizny lub zakażenia. Miałam więc trochę czasu, aby coś wymyślić.
- Nie umieraj, Melisso! Błagam! - krzyczałam przez łzy.
Wybiegłam z wnętrza drzewa i ujrzałam czarną klacz, która przez cały czas czekała na nas pod wpływem zaklęcia. Pociągnęłam konia za kantar i wprowadziłam do środka.
- Pilnuj jej koniku.
Przeszłam przez Wielkie Lustro. Nie wiedziałam ile czasu minęło, ale na pewno nie więcej niż 10 minut, odkąd przeszłyśmy razem do naszego świata. Lilianna musiała być gdzieś niedaleko. Znów znalazłam się na polanie i zaczęłam biec przed siebie, nieustannie przydeptując sobie za długą sukienkę. Pojawiłam się na ulicach nowoczesnego miasta, zapłakana w wiktoriańskiej sukni. Biegłam rozglądają się i przypominając sobie drogę do budynku, w którym spotkałyśmy się z Taissą. Nie było innego wyboru. Udało mi się dotrzeć na miejsce. Przedarłam się przez dziesiątki ludzi i wbigłam po schodach, ledwo łapiąc oddech. Minęłam korytarz i nie pukając, weszłam do gabinetu Taissy. Ujrzałam ją siedzącą przy biurku nad stertą papierów. Kiedy mnie zobaczyła, jej twarz wyglądała, jakby zobaczyła ducha, albo coś jeszcze gorszego.
- Melissa jest ranna! Błagam, m-musisz pomóc! - krzyknęłam, płacząc i trzęsąc się. Za chwilę się odwodnię i stracę przytomność, a Melissa umrze.
Kobieta, która wyglądała identycznie jak ona, podeszła do mnie i podała mi kubek z wodą, którą nalała z dziwnego urządzenia z beczką. Napiłam się i poczułam ulgę, mogąc normalnie oddychać i mówić. Pociągnęłam ją za sobą.
- Co się dzieje?! Cornelio! - kobieta biegła za mną.
- Dostała strzałą, która przesza przez Lustro, kiedy byłyśmy we wnętrzu Wielkiego Drzewa. - krzyczałam, a mężczyzna, którego minęłyśmy, posłał mi dziwne spojrzenie. Świetnie! Wszyscy mnie tam mają za wariatkę, a ja walczę o życie kobiety!
- Umiesz wyczarować lustro powrotne?!
- N-nigdy tego nie robiłam, z-zresztą nie posiadam magii! - Taissa wyglądała na przerażoną i bezradną.
- Skontaktuj się z moją matką!
Kobieta wyciągnęła z kieszeni małe urządenie, był to telefon. Zadzwoniła do Lilianny, która przeteleportowała się na polanę, w czasie kiedy zdążyłyśmy już do niej dobiec.
- Mamo! Szybko! Ona umiera! - płakałam.
Taissa odeszła ze mną na bok i objęła mnie. Cała się trzęsłam.
Zanim Lilianna wyczarowała lustro, powiedziała:
- Nie będę mogła przejść na drugą stronę. Wypowiesz zaklęcie Emitequestux, które ją uzdrowi.
Powtarzałam sobie tą nazwę w myślach, aby nie zapomnieć.
Lustro pojawiło się.
- Idź, szybko! - mama machnęła ręką, zaczęłam biec w kierunku Lustra, najszybciej jak potrafiłam. Byłam wycieńczona, lecz musiałam sobie poradzić z ostatkami sił. Po chwili znów znalazłam się we wnętrzu drzewa obok leżącej na ziemi Melissy i dzielnie pilnującej jej klaczy.
Uklękłam obok, przyłożyłam dłonie do rany i nabrałam powietrza w płuca po czym z całej siły krzyknęłam:
- Emitequestux!
Wokół ciała kobiety pojawił się oślepiający mnie blask, zamknęłam oczy, nadal trzymając dłonie na miejscu. Strzała, którą rzuciłam gdzieś obok, zamieniła się w pył. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Po raz pierwszy używając zaklęcia, od razu mi się udało. Nadal pozostawało jedno pytanie, gdyż Melissa nie przebudziła się. Klęczałam przy niej i czekałam aż coś się wydarzy. Podniosłam ją lekko i położyłam na swoich kolanach. Cały czas płakałam.
Zauważyłam, że krew w miejscu rany zniknęła. Spojrzałam na bladą twarz kobiety, jednak nie dostrzegłam żadnej zmiany. Nie budziła się. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Po chwili koń podszedł do mnie i szturchnął mnie w ramię, poczułam ciepłe powietrze. Zwierzę zarżało. Bałam się, że to może oznaczać coś złego. Musiałam sprawdzić pomoc, jeśli nie mogłam zdziałać nic swoimi czarami. Nie pozostało mi nic innego. Zostawiłam kobietę ze zwierzęciem i wybiegłam z wnętrza Wielkiego Drzewa.
- Pomocy!!! - krzyczałam przerażona, a moje echo roznosiło się po całym lesie.
Nie wiedziałam, czy mam biec, a jeśli tak, to w którą stronę i gdzie mogę znaleźć pomoc. Czułam, że zaraz i ja stracę przytomność.
- POMOOOOOOOCYYY! - wydałam z siebie możliwie najgłośniejszy krzyk i opadłam na kolana, chowając twarz w dłoniach. Nikt jednak przez dłuższą chwilę nie nadchodził. Łudziłam się, że w tak wielkim lesie ktokolwiek usłyszy piskliwe krzyki jakiejś zrozpaczonej dziewczyny. Miasto jest przecież kawał drogi stąd. Bezradność górowała nade mną, a ja nie miałam nawet siły, żeby wciąż płakać. Nagle poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Śmiertelnie przestraszona odwróciłam głowę do tyłu. Ujrzałam kobietę w prostej sukience w kolorze ziemi. Miała bardzo długie, rude włosy, a na głowie przepaskę z rzemyka. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że stoi boso, a końce jej uszu są lekko szpiczaste. Miała przyjazny wyraz twarzy, a jej niemal czarne oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- K-kim jesteś? - spytałam.
- Mieszkańcem lasu, elfem, leśnym człowiekiem, nazywają mnie różnie. Mam na imię Raja. A Ty? Chyba masz kłopoty?
Wstałam i wskazałam dłonią w kierunku Wielkiego Drzewa.
- Nazywam się Cornelia. Moją... przyjaciółkę trafiła strzała. Użyłam zaklęcia, ale nie podziałało i wciąż leży nieprzytomna we wnętrzu Drzewa. Błagam pomóż jej! - miałam rozpacz w oczach.
Elfka patrzyła na mnie ze zmartwieniem.
- Oczywiście, zaprowadź mnie do niej, zrobię co w mojej mocy, żeby jej pomóc!
Weszłyśmy do wnętrza Drzewa i ujrzałyśmy leżącą, nieprzytomną Melissę i jej klacz stojącą obok. Podbiegłam i uklękłam przy niej, po czym znów się rozpłakałam.
- Zabiorę ją do siebie i uleczę. - Raja uklękła obok mnie i podała mi dłoń. - Nie przeniesiemy jej na rękach, bo mój dom jest spory kawałek stąd. Użyjemy teleportacji. - chwyciłam się jej. Była delikatna i zimna. Złapała również dłoń Melissy. Po chwili poczułam powiew chłodnego powietrza i siłę, która pchała mnie w odtchłań. Pięć sekund później znalazłyśmy się na miejscu. Raja mieszkała w domku na drzewie. Trzeba było wejść po schodkach, a później przejść przez mostek, który wydawał mi się być bardzo niestabilny. Na szczęście nie musiałyśmy przez niego przechodzić, ponieważ Raja przeleteportowała nas od razu do środka. Wnętrze jej domu było bardzo przytulne. Pachniało różnymi wywarami i kwiatami. Na półkach stało mnóstwo słoiczków i buteleczek z różnymi substancjami i proszkami. Ściany były pokryte różnkolorowymi, wzorzystymi tkaninami. Położyłyśy Melissę na łóżku. Usiadłam na jego brzegu, a Reja szukała czegoś na półce. Nie miałam pewności, że ma dobre zamiary, ale była jedyną nadzieją.
- Rana zniknęła po wypowiedzeniu zaklęcia, ale kobieta nie obudziła się?
- Zgadza się.
- Coś musiało stanąć na przeszkodzie. To niemożliwe, aby zaklęcie zadziałało tylko w połowie.
 - elfka podeszła z dwoma słoiczkami. W jednym była różowa substancja, a w drugim biały pył. Przyniosła małą miseczkę i zmieszała w niej owe substraty.
- Co to takiego? - zapytała, wpatrując się, jak miesza zawartość miseczki.
- To różowe, to łzy wilkołaka. - uśmiechnęła się. - A pył pochodzi ze spalonych magicznych magnolii. Razem stworzą eliksir uzdrawiający. Jednak jest haczyk. Twoja przyjaciółka nie będzie pamiętać ostatnich czterdziestu ośmiu goddzin i przez jakiś czas będzie potrzebowała spokoju i odpoczynku.

niedziela, 5 czerwca 2016

Po drugiej stronie lustra - Część 12




Ze snu wyrwał mnie dźwięk jakiejś melodii. Okazało się, że był to nowoczesny budzik, którego w ostateczności nie potrafiłam wyłączyć. Melissa spała twardym snem. Jej kruczoczarne włosy kontrastowały ze śnieżnobiałą pościelą. Wyglądała jak anioł. Mogłabym wpatrywać się w nią godzinami, a jednocześnie tęskniłam za blaskiem jej oczu, uśmiechem i głosem. Dziwiłam się, że nie słyszała tak głośnego dźwięku budzika. Zacisnęłam zęby, nie mogąc wytrzymać hałasu i rzuciłam urządzeniem o podłogę. Usłyszałam trzask ropadających się wszędzie części budzika na równi z uciszeniem się tego okropnego dźwięku. Po chwili kobieta obudziłą się i przetarła oczy. Spojrzałam na nią.
- Dzień dobry. - uśmiechnęłam się.
- Co to za hałas? - zmarszczyła czoło, rozglądając się po pomieszczeniu.
- Miłe powitanie. Właśnie w brutalny sposób pozbyłam się narzędzia szatana.
Melissa spojrzała na podłogę i zobaczyła porozrzucane części urządzenia.
- Roztrzaskałaś budzik? Gratuluję! - posłała mi dziwne spojrzenie.
- Nie umiałam go wyłączyć, a straszliwie hałasował. Dziwne, że nie słyszałaś.
- Miałam piękny sen, który nie pozwolił mi wpuszczać do niego nieproszonych gości, jakimi było to "narzędzie szatana". - uśmiechneła się.
Poczułam skręcanie w żołądku. Myślami wróciłam do wczorajszego wieczoru.
Położyłam głowę na poduszce, a mój policzek dotykał jej ramienia. Objęłam ją i zamknęłam oczy.
- Mogłabym zrezygnować z tamtego świata. Tutaj jest całkiem znośnie. Zwalczałabym budziki i w ogóle.
- Nic nie wiesz o tym świecie, musiałabyś się wiele nauczyć. - Melissa wplątała rękę w moje włosy i bawiła się nimi.
- Mam ciebie i Lili. To znaczy, moją mamę. Nauczyłybyście mnie żyć w tym świecie.
Po chwili ciszy i namysłu znów zaczęłam mówić:
- Zostańmy tutaj na zawsze! Nie będziemy musiały się ukrywać, ani walczyć z magicznymi stworami. - podniosłam się gwałtownie i niemal krzyczałam.
- Uspokój się, Cornelio. Nie możemy tu zostać. Nie teraz. - w wyrazie jej twarzy zauważyłam cień niepewności.
- Dlaczego? Co stoi na przeszkodzie?
Melissa milczała. Uznałam to za niezbyt dobry znak.
- Nie potrzebuję nic więcej. Czuję, że byłabym szczęśliwa, mając przy sobie osoby, które kocham. Reszta by się jakoś poukładała.
- Nie zamieszkam w tym świecie, Cornelio.
W tej chwili poczułam jak wielki głaz opada na moje rozgrzane ze szczęścia serce i gasi je gwałtownie i boleśnie. Nie mogłam wypowiedzieć nawet słowa. Wstałam z łóżka, owinęłam się cienkim kocem i podeszłam do okna. Odsłoniłam zasłonę i omiotłam spojrzeniem panoramę Amsterdamu, który z każdą chwilą wydawał się być coraz piękniejszy. Ogarnęła mnie niepewność. Po chwili poczułam ciepłe dłonie, obejmujące mnie w talii. Nie słyszałam kroków, kobieta przemknęła boso, bezszelestnie niczym zjawa. Wydawało się, jakby nagle, pojawiłą się przy mnie. W chwili zetknięcia się naszych ciał, z moich oczu popłynęły łzy.
- Kocham cię, Cornelio. - nie wierzyłam, że to słyszę. Odwróciłam się i spojrzałam w jej oczy. Zobaczyłam w nich zmartwienie, troskę, ciepło. Ani grama obojętności, szarości, które przeplatały się co jakiś czas.
- Ja ciebie też kocham, Melisso. - odparłam, nie zastanawiając się. Nigdy wcześniej sobie tego nie mówiłyśmy. Przytuliłam się do niej mocno, jakbym nigdy nie miała zamiaru jej puścić.

***

Przygotowałyśmy się do poworotu. O umówionej porze, Lilianna, moja matka, czekała na nas na polanie, gdzie Melissa miała wyczarować lustro powrotne. Słońce zaszło, a na niebie pojawiły się szare chmury, zwiastujące nieciekawą pogodę.
Na widok Lilianny uśmiechnęłam się szeroko i podbiegłam do niej. Przytuliłyśmy się.
- Mam coś dla ciebie. - powiedziała i zdjęła z dłoni pierścionek z czarnym diamentem. Złapała mnie za rękę i wsunęła mi go na palec.
- N-nie mogę go przyjąć. - spojrzałam na błyskotkę. Z pewnością był wiele wart.
- Nie podoba ci się?
- Skądże. Jest piękny!
- Tak więc jest twój. - uśmiechnęła się.
- Ale...
- Bez dyskusji.
- Dziękuję.
- Musimy wracać. - wtrąciła Melissa.
Odsunęłyśmy się, a czarnowłosa skierowała dłonie w kierunku miejsca, gdzie miało pojawić się lustro. Zaczęła wypowiadać zaklęcie coraz głośniej, powtarzała je wciąż, dopóki nie zaczęło się coś dziać. Deszczowe chmury zasłoniły całe niebo i nagle zrobiło się ciemno. Lustro zaczęło się wyłaniać z wirującego powietrza.
- Cornelio, chodź, szybko! - Melissa krzyknęła. Nie wiedziałam dlaczego miałam się spieszyć, ale Lilianna, najwidoczeniej wiedziała o co chodzi. Szybko przytuliła mnie mocno i pocałowała w policzek. Spojrzałam na nią ostatni raz i widziałam jak urania łzę.
- Niedługo wrócę! - krzyknęłam, stojąc już obok czarnowłosej. Chwyciłam ją za rękę i zamknęłam oczy, jak poprzednio. Lustro wciągnęło nas. Po chwili pojawiłyśmy się we wnętrzu drzewa. Spojrzałam na Melissę. Kłębiło się we mnie tyle emocji, że nie wiedziałam jak się zachować. Nagle usłyszałam szum. Coś zbliżało się do nas z prędkością światła. Zbliżało się z Lustra. Zdziwienie zawitało na mojej twarzy. Chwilę później z wnętrza błyszczącego Lustra wyleciała strzała. Melissa upadła na ziemię. Poczułam, jak moje serce staje w miejscu.
- Nie! Melisso! Proszę, nie! - zaczęłam histerycznie płakać.